Koniec września, koniec wakacji. I koniec miesiąca, co znaczy, że należy udać się na giełdę staroci. Niestety, nie bywam na Gnieźnieńskiej regularnie: czasem zapominam, że to właśnie teraz jest ostatni weekend, czasem pogoda nie sprzyja, a czasem po prostu nie dysponuję wolną gotówką. A nie ma chyba nic bardziej frustrującego, niż pójść na giełdę, znaleźć wymarzony wazon/paterę/krzesło/lampę i nie móc ich zakupić. Lepiej – profilaktycznie – nie iść. Tym razem wróciłam z jednym, skromnym wazonem i garścią szklanych koralików, ale po raz kolejny doceniłam nieoczywisty i specyficzny urok tego miejsca.

Nie wiem, czy giełdy staroci mają swoje specjalizacje – na wrocławskiej przeważają militaria i monety, a do tego trochę mebli, porcelany i szrotu zza zachodniej granicy. Z przełomu XIX i XX wieku, z lat 20. (czyli: proszę pani, to jest prawdziwe art déco!) i bliżej nie sprecyzowanych lat 70. i 80., często udających właśnie owo art déco. Dość rzadko trafiają się ciekawe lata 50. czy 60., bo prawdziwi handlarze cenią sobie przede wszystkim pałasze i gdańskie szafy, a nie jakieś ćmielowskie figurynki czy włocławskie talerze. Czasem udaje się jednak coś znaleźć i utargować – w ciągu kilku ostatnich lat przyciągnęłam z giełdy drapane patery z Chodzieży, wazon Horbowego czy piękne Murano. Ale to są tzw. poważne, kolekcjonerskie zakupy. Natomiast jest jeszcze cała grupa zakupów kuriozalnych, ale uroczych, bo w masie śmieci można zawsze znaleźć jakiś przedziwny i frapujący przedmiot: ceramiczny pojemnik na śledzie, czechosłowackie pocztówki z wakacji, blaszanego motocyklistę albo czarną, szklaną, barwioną w masie głowę Elvisa. Trzeba się tylko rozglądać, sprawiać wrażenie osoby niezainteresowanej i chętnie wdawać się w dyskusje. Wtedy ten duży, betonowy parking, gdzie w pozostałe weekendy odbywa się giełda samochodowa, staje się miejscem osobliwej rozrywki, sprzyjającym nawiązywaniu znajomości i umożliwiającym podróż w przeszłość, w której używało się patefonów, szpadę chowało w mahoniowej lasce, a w pokera grało się przy karcianym stoliku, fornirowanym orzechem kaukaskim (oryginalne art déco, oczywiście).

IMG_0663

IMG_0687

Strzelby i spedycja przy ul. Gnieźnieńskiej

W tej industrialnej przestrzeni stare przedmioty prezentują się dość surrealistycznie: pośród nieczynnych dystrybutorów paliwa, wiat z blachy falistej i hangarów niewiadomego przeznaczenia wszystko jest intensywniejsze, barwniejsze, wyjątkowe. I pewnie dlatego nie umiem obojętnie przejść obok upiornych lal z resztkami włosów, modelu statku kosmicznego, portretu papieża (Leon XIII?) na dykcie czy też groźnego leoparda.

IMG_0665

IMG_0680

IMG_0685

IMG_0676

Zabawki i zabaweczki

Potrafię oczywiście docenić prawdziwe, poważne eksponaty, takie jak biedermeierowskie kanapy, neorokokowe serwantki czy secesyjne garderoby. Jednak najbardziej fascynuje mnie to, co jest pomiędzy: rozmowy, spory, dobijanie targów, konsumpcja kanapek. Wtedy można wygodnie rozsiąść się na meblowym hicie lat 60., czyli tzw. zetce projektu Ernsta Moeckla, a uzbrojonego rycerza odstawić na chwilę obok kartonów, niech poczeka na swoją kolej. Nie spieszy się, przecież.

Życie pod drzewami

Sztuka, którą można nabyć na giełdzie, to cudowny i niezwykły konglomerat stylowy oraz ikonograficzny: obrazy wotywne, akty, pejzaże, mariny, portrety, weduty. Realistyczne (czasem bardzo), ekspresjonistyczne, abstrakcyjne. Olejne, drukowane, a także haftowane. I na pewno trafi się jakiś prawdziwy, pastelowy Witkacy.

IMG_0683

IMG_0688

Neoekspresjonizm, ptactwo 3D i akt prawie autentyczny

Ponoć udaje się czasem kupić jakiś wartościowy, interesujący obraz – jak na razie jednak nic takiego nie widziałam, ale chyba też nie szukałam. Tak bardzo lubię jaskrawych Jezusów, akwarelowe Karkonosze czy Hitlera z uróżowanymi policzkami, że nie potrzebuję w tym miejscu więcej estetycznych doznań. Jedyne, co mnie faktycznie i szczerze zawsze frapuje oraz nastraja nieco melancholijnie, to stosy zdjęć ludzi, którzy prawdopodobnie już nie żyją, o których nikt nie pamięta, a których twarze można teraz kupić za kilka złotych. Kiedyś wybrali się do fotografa, ubrani odświętnie, przejęci i starannie uczesani. Stanęli na tle malowanych kotar, oparli się o kolumnę, usiedli w wiklinowym fotelu. Rodziny, małżeństwa, przyjaciele, dalsi krewni, sąsiedzi – patrzą poważnie i spokojnie w obiektyw albo na siebie, z lekkim rozrzewnieniem. Na odwrociu zdjęcia znajduje się czasem pieczątka zakładu, podpis i data. Papier jest wciąż delikatny i miły w dotyku, a sepiowe odcienie łagodnie podkreślają detale: sznur korali, koronkowy kołnierzyk, wstążkę przy bukiecie kwiatów, wąskie lakierki. Nie wiem, kim byli. Nie mogę ich wszystkich zapamiętać – bo musiałabym wtedy zapamiętać cały świat, który już nie istnieje. Mogę jedynie zapamiętać dziewczynę w białej sukience, pozującą w atelier Otto Geiselera na tle zamglonego pejzażu albo mamę z dwójką dzieci, sfotografowaną w 1928 roku w Bydgoszczy. To ich zdjęcie leżało na wierzchu wielkiego zbioru nikomu niepotrzebnych, lekko wyblakłych odłamków przeszłości, których nie da się już złożyć w barwną całość. Został tylko wachlarz z piór.

IMG_0668

Zdjęcia/pocztówki/wspomnienia

Advertisements