Dywaguję tu sobie o detalach, znoszę do domu kolejne szroty, doceniam okoliczności oraz koloryt. Jednak te ułamki rzeczywistości, dość abstrakcyjne i niekompletne, tworzą w sumie ogromną, komplementarną całość. W mniejszym stopniu materialną (bo na tym poziomie sprawa jest dość śmieciowa, być może), ale bardziej tożsamościową, bazową i zasadniczą. Dla miejsca, dla ludzi, dla chęci życia. Oraz przeżycia.

Targowiska legalne i mniej legalne, wysepki oddolnej działalności, zastawione wszelkim dobrem koce, folie, deski, tory – nie są w moim mieście mile widziane. Światli włodarze chcieliby się pozbyć tych chaotycznych aktywności, bezładnych bazarów i emeryckiej pietruszki, bo to wstyd, to nie wypada, to jakiś dziki wschód, a przecież ma być zachód. W imię modernizacji i cywilizacji padają kolejne ważne miejsca: galeriowym molochem zabudowano najważniejsze targowisko Wrocławia na pl. Grunwaldzkim, a po budkach przy ul. Zielińskiego pozostała betonowa pustka i ma tam stanąć budynek sądu apelacyjnego. W miejscu, gdzie handlowano “od zawsze” (czyli również przed wojną) nikt już biznesu nie zrobi. Podobnie jak nie zrobią go kupcy, którzy przenieśli się do blaszaka po drugiej stronie torów – miała być cywilizacja, a jest pustka. Do likwidacji, pod budowę nowej, szybkiej i pięknej drogi, przeznaczone jest też targowisko przy Komandorskiej, dumnie zwane Bazarem. Owoce, warzywa, majtki, trampki, świeża mięta, świeża wołowina, proszki z Niemiec, kwiatki z działki, wszystko. Pół Wrocławia przyjeżdża tam coś kupić, obejrzeć, pogadać. Trzeba się jednak spieszyć, bo potem będzie łatwiej dojechać, ale już nie będzie po co.

Trzyma się jeszcze handel “pod młynem”, chociaż co jakiś czas pojawia się informacja o rychłej likwidacji oraz największy bazar na dworcu Świebodzkim, również zagrożony, przede wszystkim z powodu lokalizacji (to ścisłe centrum naszego WrocLove, więc powinno być piękne i nowoczesne).

swiebo

Krew w żyłach (niedziela na Świebodzkim)

niedziela 005

Wystawka pod młynem

Taka forma handlu, odwieczna i zawsze potrzebna, swobodnie i spokojnie funkcjonuje sobie w rozlicznych krajach zarówno owego dzikiego wschodu, jak i tego legendarnego zachodu, gdzie ponoć wszędzie jest ładnie, czysto i nikt nie jada świeżej pietruszki. Owszem, jada, kupuje, przywozi i sprzedaje różne graty, a do tego część z tych targowisk ma długą tradycję i status niemalże dobra narodowego. Ale my będziemy bardziej oświeceni – uregulujemy, uporządkujemy, a potem zlikwidujemy. Sprzedamy te działki z zyskiem, postawimy biurowce i apartamentowce, będzie pusto, ale elegancko. Się pokażemy się.

Sprawa jest oczywiście bardziej złożona, bo sam paradygmat modernizacji łączy się jeszcze z kilkoma innymi zagadnieniami, politycznymi i ekonomicznymi, ale nie ulega wątpliwości, że w stolicy Dolnego Śląska handel detaliczny i oddolny (żeby nie powiedzieć – obywatelski) nie jest mile widziany. Oczywiście nie ma oficjalnej, antybazarowej kampanii – są po prostu decyzje lub ich brak. Oraz działania PR-owskie, mające na celu odparcie zarzutów o antybazarowość, takie jak np. oficjalny patronat nad artystyczną modernizacją targowiska przy ul. Ptasiej.

A przecież ten handel to nie tylko handel. To potrzeba, energia, ruch. Bardzo trafnie powiązał początek polskiego Wrocławia z dzisiejszymi bazarami Przemysław Witkowski: handel jest wrocławskim kapitałem, społeczną potrzebą, naturalnym odruchem. Od zarania, czyli od szaberplaców na “Matjasie” (dziś pl. św. Macieja), na pl. Grunwaldzkim czy na Nowym Targu. Wszystko, co mamy, jest przywiezione, wymienione albo wyszabrowane. Nic więc dziwnego, że taka forma aktywności jest czymś powszechnym i oczywistym – bo już np. stawianie monumentów czy budowanie materialnych symboli miasta (patrząc chociażby na falliczną dominantę Skaja) nosi niestety znamiona straszliwej i męczącej walki z własnym ego oraz wybujami kompleksami. Polecam lekturę felietonu Witkowskiego, to dobre tło dla dywagacji o przedmiotach, miejscach i lokalnej specyfice:

http://ha.art.pl/projekty/felietony/3815-duma-duma-narodowa-duma-cz-1

W sumie nawet największy polski hit muzealniczy, czyli Panoramę Racławicką, też uhandlowaliśmy i przywieźliśmy. Tyle mamy, tyle wiemy. Chyba każdy z nas ma w głowie opowieści o kompletnie umeblowanych pokojach, kredensach pełnych talerzy i filiżanek, fotografiach aktorek, wagonach z wyposażeniem sanatoriów i fabryk, pociągach ze Lwowa z obrazami i lustrami, zdemontowanych marmurowych schodach czy porcelowanych gałkach w WC z poleceniem “drücken”. Te dobra, podobnie jak wspomnienia,  zostały sprzedane, wymienione, zniszczone, wyrzucone, popłynęły z powodzią. Zamiast nich przybyły nowe, znowu poniemieckie, z wystawek i Flohmarktów, też po kimś, kto sobie poszedł: album ze zdjęciami, pudełko slajdów, ogrodowe krzesło, doniczka w formie żaby.

Zbierami więc widoki i opowieści, składam historie, półsłówka i półsensy. Mogę to robić, bo te przedmioty wciąż dostają kolejną szansę. Na życie. Na bazarze.

IMG_8919

Prawdopodobnie aktorka (od Irka dla MMBD)

 

 

 

 

Advertisements