Po tygodniach marudzenia i planowania, na przełomie stycznia i lutego, rozpoczął się mimochodem Wielki Remont (czyli WR). Obiektywnie patrząc to wcale nie jest taki wielki, bo lokal ma raptem 60 m kw, więc jest to po prostu remont generalny w mieszkaniu, w którym niewiele zmieniło się od 1957 roku.

Jednak w tym przypadku taki remont to zmiana, początek (i koniec), konfrontacja z przeszłością i widoki na przyszłość. Przeczuwałam, że nie będzie lekko, ale nie wiedziałam, że w tych murach tak mocno siedzą słowa, kolory i historie – i że uspokoją się dopiero wtedy, kiedy ściany zamienią się w pryzmy porządnie ułożonych cegieł.

To nieduże mieszkanie znajduje się w zielonej dzielnicy Wrocławia, w plombie kończącej ciąg przedwojennych, robotniczych bloków. Na starych fundamentach powstał budynek z 4 lokalami – dwa na parterze przeznaczono dla prokuratorów, dwa na piętrze miały być dla robotników. Jako że mój dziadek nadzorował budowę, to dostał jedno z tych na piętrze. Potem przeprowadzono cały proces własnościowy – i trzy pokoje z kuchnią uznane zostały za rekompensatę mienia pozostawionego na Wschodzie.

/za dom w dużym ogrodzie/z salonem umeblowanym rattanowym kompletem z różowymi poduszkami, obszytymi chwostami/ze złotawą tapetą we wzór delikatnych trzcin, położoną rok przed wojną/z piecami, na których grzało się wieczorem kołdry/z choinką po sufit/z muszlami, figurkami, z kopią rzeźby chłopca wyciągającego cierń/po których nic nie zostało/nie ma już tego domu/za Pińsk/

IMG_5171

Nowe życie na Ziemiach Odzyskanych rozpoczęli dziadkowie w Legnicy, potem zamieszkali na KDM-ie, i w końcu – w poniemieckim orle. Sam projekt tego budynku jest dość zastanawiający: mieszkania wpisano w podłużne prostokąty, z dwoma pokojami od strony ulicy (jeden mały i wąski, drugi szerszy), z trzecim od ogrodu (też długim i dość wąskim). Do tego kuchnia szerokości dwóch metrów, osobny wc i łazienka najwęższa z możliwych. W tym wszystkim – duży, niemal reprezentacyjny przedpokój i ściana nośna w poprzek bloku. Nie ma ten plan za wiele wspólnego z racjonalnie zaplanowanymi przed wojną mieszkaniami na Sępolnie, nie pokrywa się też z ostatecznym efektem. Rodzinna legenda głosi, że na budowie zmieniano projekt tak, aby pokoje były większe, a korytarz mniejszy. Co się udało, tylko przez te zmiany mały pokój zrobił się klitką, a do łazienki wchodziło się przez kuchnię (w niewielkim korytarzu nie starczyło już miejsca na kolejne drzwi).

IMG_5181

Na 60 metrach zastosowano rozwiązania znane z apartamentów w kamienicach albo z willi: w pokojach położono parkiety, a w kuchni – deski. Najmniejszy pokój (szeroki na 2 metry) zarówno w tym mieszkaniu, jak w wielu sąsiednich był przeznaczony dla gosposi. Jeszcze w latach 60. niemal każde szanujące się wrocławskie gospodarstwo domowe miało swoją gosposię, tak w każdym razie wynika z moich wypytywań dalszej i bliższej rodziny oraz znajomych. Do bloku przeniesiono więc pewne wzorce przestrzenne i styl życia, znany jeszcze sprzed wojny. Potem stała pomoc domowa zmieniła się w dochodzącą, a w latach 70. pojawiły się pralki i inne ułatwiacze.

Frapujące zjawisko – przeniesienie sposobów funkcjonowania w poleskiej willi do trzypokojowego mieszkania z jedną małą kuchnią i miniłazienką, z ciasnym przedpokojem, i ze spłachetkiem ogródka. W pewnym momencie mieszkały tu dwie kobiety, mężczyzna i dziewczynka. Mężczyzna często wyjeżdżał w delegacje, czemu się chyba trudno dziwić. Za to nie przestaje mnie dziwić fakt, że pewne rzeczy w tym mieszkaniu nikomu nie przeszkadzały – jak chociażby wchodzenie do łazienki przez wąską kuchnię. Do wszystkiego można przywyknąć, w sumie.

Dla mnie to miejsce zaczęło się na początku lat 80., tu był mój pierwszy pokój (po gosposi), mieściło się w nim czerwone łóżeczko i duża szafa, nic więcej. W kuchni grzał piec na koks, po który trzeba było wędrować do piwnicy. Mieszkanie wydawało się ogromne, może też dlatego, że drzwi u sąsiadów na przeciwko zawsze były otwarte i dzieci przemieszczały się pomiędzy dwoma domami, niemal wspólnymi. Przez ogródki na tyłach bloków chodziłam do przedszkola, po drodze oglądałam się do tyłu i widziałam, jak zawsze ktoś macha z balkonu i odprowadza mnie wzrokiem. Potem zmieniliśmy dzielnicę.

IMG_5167

Później bywały odwiedziny, krótsze lub dłuższe pobyty i pomieszkiwania. I rosnąca, już bardziej świadoma irytacja na absurdalne rozwiązania przestrzenne, na uskoki, załomy, ciasnotę i brak miejsca na powieszenie kurtki. Myślałam sobie wtedy: “jak ja tu kiedyś zrobię remont…”.

Teraz robię i wcale nie czuję się bardzo zdecydowana i wszystkowiedząca. Korekta ścian i wyburzeń ma doprowadzić do trochę bardziej otwartego planu, zaskakująco jednak podobnego do pierwotnych założeń. Racjonalnie liczę i odmierzam przestrzeń, a gdzieś w tle słyszę domowe odgłosy, skrzypienie podłóg, radio, lekko podniesiony ton, szum pieca. Zanim WR się zaczął miałam też całe serie snów, w których występowali chyba wszyscy mieszkańcy, ze swoimi radami, pretensjami i oczekiwaniami. Padły ściany, zniknął mały pokój i sny też.

IMG_5186

IMG_5183

IMG_5189

Zniknęła też dziwna łazienka, zniknął pawlacz, skrywający skarby dawno zapomniane (w tym smutnego misia i plażowy materac), w chmurze tynku i remontowym rozgardiaszu zniknęły stare zapachy. Spod warstw tapet wyszły natomiast kolory, ciemne, wzorzyste, nasycone – takiej wersji tego mieszkania nie znałam. Ponoć kiedyś każda ściana w pokoju dziennym miała inny kolor: bordo, zieleń, fiolet. Taka ekstrawagancja lat 60., ukryta dość szybko pod tłoczonymi tapetami w motywy roślinne.

IMG_5169

IMG_5172

Warstwy

Rozglądam się po domowym pobojowisku i próbuję sobie wyobrazić, jak to będzie potem. W nowych ścianach i starych podłogach, z otwartym po latach balkonem i z uchowanymi osłonami kaloryferów (których nie zmieniam, chociaż są zapewne nieekonomiczne i nieekologiczne). Jak z pozostawionym spadkiem poradzi sobie trzecie pokolenie, które pamięta przedwojenny Pińsk dzięki historiom, opowiadanym właśnie w tym mieszkaniu.

Advertisements