Archives for category: różności

Lato było i minęło, z wycieczkami bliższymi oraz dalszymi (czyli nad Bałtyk), a wśród nich była jedna, mająca charakter rozrywkowego awersu ekstremalnej wyprawy zimowej, o której pisałam tutaj. Tym razem Opole nurzało się w ciepłym świetle drugiej połowy sierpnia, co umożliwiało bezproblemową eksplorację zakątków już znanych oraz odkrywanie tych wcześniej niewidzianych (bo np. ukrytych pod śniegiem).

Zaraz obok placu dworcowego, przy ul. Krakowskiej wznosi się imponujący (jakże by inaczej) zespół budynków pocztowych – przeważa wiek XIX, ale mnie szczególnie zafrapowała nowsza część, którą zapowiada konny pomnik (dłuta Feliksa Kupscha) wystawiony ku czci bohaterskich pocztowców z I wojny światowej, zaś wejścia na teren placówki broni wysoki łuk kamiennej bramy. Surowa faktura piaskowcowych ciosów wchłania odgłosy ulicy, a komunikat z przeszłości (Erbaut) został z niej starty bardzo niedbale i powierzchownie.

DSCF7226

DSCF7224

DSCF7227

Detale Poczty Głównej

W samym centrum na szczęście nie zauważyłam większych zmian, ale pojawiło się kilka nowych detali, które ucieszyły mnie przede wszystkim swoją dyskretną formą oraz sensownością. Brawa dla opolskiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich za przypomnienie o tym, że betonowy, futurystyczny “grzybek” nie pojawił się znikąd, ale ma swojego (teraz upamiętnionego) autora.

DSCF7242

Florian Jesionowski w samym sercu Opola (oraz “grzybka”)

grzybek

Opole w latach 60. i działający przystanek [za: Fotopolska.eu]

Tuż obok znajduje się Miejska Biblioteka Publiczna, którą tym razem udało nam się nawiedzić – okazało się to łatwe i przyjemne, bo na parterze placówki znajduje się duża i ogólnodostępna kawiarnia, otwarta na sąsiednie tereny zielone, wyposażona nie tylko w klasyczne stoliki, ale również w leżaki i zestawy szachowe. Można poczytać, pograć, pogapić się na liście – dobrze zrobiła ta rozbudowa (w 2010 roku, pracownia Architop) staremu budynkowi, całość jest teraz bardziej zróżnicowana i zintegrowana z otoczeniem, neutralna, z dyskretnie wplecionymi wątkami literackimi (wiem, jestem nieobiektywna, można mnie kupić za “Opadły mgły” na fasadzie).

6Wj33g86qqBLkufAaKZBOriQytHaYsGYvoyqhmECsHL4ID2j0gU0wpU9bBc4_biblioteka-opole-3-image(660x_)

Opolska biblioteka, styk nowej i starej części oraz cytaty [za: sztuka-architektury.pl]

DSCF7253

Widok biblioteczno-kawiarniany na zieleń

W pełnym słońcu udało nam się również dotrzeć na Mały Rynek, który mogę z pełną odpowiedzialnością i przekonaniem nazwać jedną z najbardziej urokliwych i sensownych przestrzeni publicznych, w jakich miałam przyjemność (lub nie) przebywać w ciągu ostatniej dekady. Precyzując – przestrzeni zrewitalizowanych, wyremontowanych, zmienionych, jak zwał, tak zwał. Bo trójkątny Mały Rynek ma już swoje lata i ustaloną pozycję na Starym Mieście, w tym również sąsiedztwo malowniczego kościoła “Na Górce” (swoją drogą, wysokie schody i ekspozycja tej świątyni to jeden z moich ulubionych, opolskich widoków). Ale wymagał remontu, w 2009 ogłoszony został konkurs, a w 2015 roku całość została oddana do użytku. I jaki jest ten nowy, dwuletni Mały Rynek? Bezpretensjonalny. Proporcjonalny. Kameralny. Słoneczny i zacieniony. Autorzy (wrocławska pracownia Basis) nie popadli w megalomanię, w nadmiar gadżetów, w bezwzględną geometrię. I tak jak zapowiadali po wygranym konkursie – postawili na proste rozwiązania, bez fajerwerków [halo, Wrocław, słyszycie? Bez fajerwerków!].

DSCF7240

opole

Mały Rynek letnią (i wczesną) porą

Są betonowe płyty przetykane trochę niesubordynowaną trawą, jest część przeznaczona dla kawiarnianych ogródków i część dla relaksu na krzesełkach i ławkach (wzór znany z dworca PKP we Wrocławiu), w cieniu akacji i w szumie ich drobnych listków, wieczorem podświetlanych białymi kulami-lampami. Bardzo chciałam zobaczyć to miejsce w lecie – podczas ostatniego pobytu kule oświetlały tylko grubą warstwę śniegu i prawie przegapiliśmy Mały Rynek. Teraz mogłam sobie posiedzieć pod drzewem, odpocząć i przyjrzeć się okolicy. I okazało się, że ma ona w sobie cechę rzadko spotykaną w polskich miastach, odnawianych i upiększanych za grube miliony – ma w sobie skromność. I nie aspiruje. No, duża to jest rzecz, naprawdę.

Spacerowym krokiem zawędrowaliśmy również na drugą stronę rzeki, gdzie w popołudniowym słońcu grzał się imponujący gmach Urzędu Wojewódzkiego. Problematyczny to obiekt, zbudowany w 1936 na miejscu zrębów piastowskiego Opola, dominujący nad okolicą swoją horyzontalną narracją. I mimo tego, że czytam w tej architekturze trudną przeszłość oraz dużą dozę polityczności, to nie mogę się oprzeć finezji ceramicznych okładzin, urokowi kompozycji podpór i podcieni oraz oryginalnym, drewnianym żaluzjom (spieszcie się je oglądać, bo już zaczynają być wymieniane na plastik w kolorze bardzo średniobrązowym).

DSCF7256

DSCF7260

DSCF7265

Światła i cienie urzędu

I co jeszcze? Chociażby wczesnojesienna wersja placu Daszyńskiego (nazywanego wiadomo jak…), z rozwichrzonymi trawami i ziołami w tonacji już złotawo-rudej, z popołudniowymi spacerowiczami, którzy na dziś przestali się już spieszyć. Moje Opole jest w ogóle bardzo spacerowe, zielone, pełne skwerów, mostków i refleksów świetlnych. A przede wszystkim jest dosyć zadowolone z siebie, pozbawione kompleksów i tego rozdarcia między możliwościami a oczekiwaniami, które powoduje nerwowość oraz mnogość nietrafionych decyzji. I tak sobie myślę, że jeśli będę zmęczona życiem w moim mieście, które wciąż nie umie (i nie chce) żyć na swoją miarę i modłę, to po prostu znów wsiądę w pociąg i po godzinie – przywitam się z babą na byku.

DSCF7271

Letni wieczór baby na byku (czyli pomnik ku czci Bojownikom o Wolność i Polskość Śląska Opolskiego)

Advertisements

Zdarza się, że w ręce wpada mi czas. W okolicznościach niespodziewanych, z komunikatem z przeszłości – nadrukowanym na biało-zielony papier pakowy, z księgarni na Ostrowie Tumskim. W maju 2017 roku kupiłam chrześniakowi Biblię, którą starannie zapakowano w ten właśnie papier. A Katedra ma hełmy od 1991.

IMG_0001

Papier pakowy, tak bardzo wrocławski

[I jako że wiosna upłynęła na dyskusjach o rekonstrukcjach i odbudowach, to wcale mnie nie zdziwiła nie-obecność Edmunda Małachowicza, którą ten papier od razu uruchomił. Tak, tak, we Wrocławiu ciągle dywagujemy o przeszłości]

Po prostu – regulowana, biurkowa lampa. Przedmiot, który łączy w sobie pomysłowość i wiedzę techniczną, zagadnienia konstrukcyjne i estetyczne, a także trudny do zdefiniowania urok. Przedmiot, o którego wymyśleniu marzą wszyscy projektanci.Tak w każdym razie twierdzi Deyan Sudjic w swojej książce “Język rzeczy”: krzesło i regulowana lampka to archetypy wzornictwa, ewoluujące w XX wieku od sprzętów użytkowych do symboli o rozbudowanych konotacjach, czytelnych w detalu, barwie i materiale.

Sudjic porównuje dwie lampy z ruchomym ramieniem – mają one wspólny, funkcjonalny punkt wyjścia, ale ich autorzy wybrali odmiennie drogi projektowania. Brytyjska Anglepoise Georga Carwardine’a z 1932 roku to jedna z pierwszych lamp kreślarskich o dwóch ramionach: jest praktyczna, solidna, dość ciężka, z widocznymi elementami konstrukcji (sprężyny, kabel, podstawa). Za jej rewers, powstały 40 lat później, można uznać Tizio Richarda Sappera, zaprojektowaną dla Artemide. To obiekt przemyślany w każdym calu i minimalizujący nadmiar elementów: ma ukryty transformator, niewidoczne kable i wizualnie lekką, niemal ażurową strukturę. Do tego lampa wyposażona została w halogenową żarówkę, co w latach 70. było technologiczną sensacją.

tizio1

Celowość i precyzja http://richardsapperdesign.com/products/1970-1980/tizio

tizio-35-table-lamp-by-richard-sapper-from-artemide-lightingyliving

Richard Sapper i jego lampy http://www.yliving.com/blog/remebering-richard-sapper/

Tizio szybko stała się symbolem nowoczesności, chętnie używanym przez architektów lub przez “nieco ponad normę dbającego o styl naukowca”. Oddziałuje bezkompromisową formą i kontrastem barw – matowa czerń została dekoracyjnie spointowana kroplą czerwieni na przegubach i we włączniku. Według Sudijca inspiracją dla takiego zestawienia była czarna sylwetka (z czerwoną kropką przy spuście) pistoletu Walther PPK, wynalezionego w latach 20. i chętnie używanego przez Jamesa Bonda.

dl15rst01_f

tizio_35_image572321-900x900

http://www.artemide.it

Od 1972 roku Tizio doczekała się kilku wersji kolorystycznych (w łagodniejszym wydaniu, czyli w bieli i w szarościach), kilku wielkości i nowego, ledowego źródła światła. W międzyczasie pojawiła się na wielu biurkach i stołach, także na dużym ekranie. Kosmiczna, dynamiczna i czarna lampa z przyszłości w serialu Catacombs

spratm1970

http://catacombs.space1999.net/main/cguide/furn/umftizio.html

…i białe tło dla spotkań Jamesa Bonda w Moonraker.

tizio-lamp-richard-sapper-moonraker-1969

http://gyngzl-interiors.blogspot.com/2009/05/her-nekadar-endustri-tasarm-kavramnn.html

Czarna sylwetka działa nie tylko w biurach, pracowniach i filmach, wygodnie używa jej się również w mniej oczywistych okolicznościach, na przykład w sypialni, gdzie potrzebny jest skupiony strumień światła i łatwość poruszania ramionami.

tizio2

Sypialnia minimalistyczna http://www.bungalux.com/bungalusts/tizio-lamp

Przymierzałam się do tego zakupu od dawna, szukałam okazji i powodu, doszłam do słusznego wniosku, że przecież nie mam porządnej biurkowej lampki. No i teraz mam – Tizio w sypialni.

dscf3024

Tizio w sypialni (w tle grafika Anny Łabuz)

Żadne zdjęcie ani opis nie jest jednak w stanie oddać płynnego, logicznego i precyzyjnego ruchu tej lampy. Jeśli ktoś jest ciekaw działania Tizio (i porównania z innym włoskim klasykiem) polecam film z lampami i projektantami w rolach głównych:

Polecam również książkę Sudjica, o przedmiotach, symbolach i wzornictwie. I jego podsumowanie tematu lamp biurkowych: “Pejzaż domowy można mierzyć archetypami dizajnu: od wolno stojącego domu jednorodzinnego po stół, krzesło i talerz. Regulowana lampka biurkowa dołączyła do nich, może nie jako niezbędny artefakt o pierwszorzędnym znaczeniu w życiu codziennym, ale z pewnością jako zasługujący na uwagę element drugiego planu”.

/Cytaty z książki: Deyan Sudjic, Język rzeczy, Kraków 2013/

Zapisz

Od dawien dawna planowałam tę wycieczkę i jakoś nie mogłam się zmobilizować. Zmobilizował mnie wreszcie KSz, zakupił bilety pkp i zaklepał nocleg, nie pozostało więc nic innego, jak pojechać. Opole przywitało nas długim weekendem, własnym biegunem zimna oraz obchodami 800-lecia, a także betonową Nike na turze (bardziej Pocahontas na bizonie), światowym sznytem ulicy Kołłątaja, przeglądem szopek noworocznych i urokliwą pustką zaśnieżonego amfiteatru.

To są moje ulubione miasta: z posklejaną historią, którą można przeczytać w siatce ulic, w pęknięciach i nawarstwieniach, z kilkoma narracjami (przedwojenną, powojenną, współczesną, polską, niemiecką, śląską), z wieloma estetykami (barok i rokoko, nowoczesne międzywojnie, bezkompromisowe lata 30., odbudowa i budowa, powojenny modernizm, entuzjastyczne lata 90., stonowana współczesność).

Podczas tej wycieczki dopiero rozpoczęłam lekturę Opola –  niestety siarczysty mróz uniemożliwił dłuższe i dalsze spacery. Ale w rozpoznaniu miejsca bardzo przydatne okazały się wystawy w Muzeum Śląska Opolskiego, a także w jego kameralnym oddziale, czyli kamienicy przy ul. Św. Wojciecha (z wyposażonymi i zachowanymi wnętrzami kilku mieszkań). Natomiast wizyta w Muzeum Polskiej Piosenki, pełnego muzyki, filmów i zdjęć, poskutkowała całkiem poważną pamiątką, czyli własnym nagraniem o jakości całkiem profesjonalnej (po kilku nieudanych próbach zaśpiewania różnych ambitnych utworów stanęło na klasycznej pieśni miłosnej “O, Ela”).

img_0200

Widok nocny i hotelowy (TVP Opole prosi o pozostanie w domach z powodu mrozu)

img_0223

img_0215

Betonowy nawis dla taksówek (w Opolu lata 60. trzymają się mocno)

img_0255

Wiadomo (i można wejść na scenę)

img_0306

Moda i brise-soleil przy ul. Kościuszki

Z powodu problemów technicznych albo mrozu (lub jednego i drugiego) mój aparat wybrał kolorystykę filmów ORWO, dlatego też sporo zdjęć nie nadaje się do pokazania – są nastrojowe i bardzo różowe. Iluś zdjęć również nie zrobiłam z powodu aury oraz odmarzających palców: Mały Rynek jest zapewne uroczy, ale w nocy, pod warstwą śniegu trochę tego nie widać. Czyli trzeba będzie wrócić w okresie wiosenno-letnim, po prostu i z przyjemnością.

img_0241

img_0231

Opole w odcieniach ORWO

Wyprawa miała jednak jeden, konkretny cel i nie była nim realizacja zadania pt. “Zwiedzanie miast polskich w styczniu”. Celem była wystawa czeskiej i czechosłowackiej fotografii w Muzeum Śląska Opolskiego, a przy okazji nawiedziliśmy pozostałe ekspozycje. Kuratorami wystawy są Vladimír Birgus i Štěpánka Bieleszová, którzy wybrali zdjęcia fotografów znanych i mniej znanych: od abstrakcyjnych kompozycji z lat 20. po dokument lat 80. i współczesne eksperymenty. KSz najwnikliwiej oglądał zdjęcia swoich ulubieńców, czyli Kolářa i Štreita, a muzeum opuścił z albumem w plecaku (kolega M. – z dwoma). Wystawa trwa do 29 stycznia, warto zajrzeć. I do działu malarstwa również, demoniczny kot Krzyżanowskiego powinien nadal siedzieć na kanapie i ultramarynowym tle.

http://muzeum.opole.pl/?post_type=wystawy&p=13018

d2FjPTY2NngxLjY0ODUxNDg1MTQ4NTE=_src_8252-streit-foto_b.jpg

Fot. Jindřich Štreit (to zdjęcie też jest na wystawie)

Co jeszcze? Naleśniki nad Młynówką, ceramiczne okładziny urzędu wojewódzkiego, zimne ognie przy kolorowej fontannie, 6 króli pałaszujących obiad, schody i schodki, zbarokizowany gotyk, opolska Ceres, Stachura na bibliotece, okrągłe dworcowe stoliki, mosty i kładki, zagubiony Jonasz Kofta, życzliwość dla zmarzniętych turystów i oczywiście 80 minut opóźnienia pociągu powrotnego.

I sentymentalny filtr, przez który chyba zawsze będę patrzeć na to miasto:

Podoba mi się: monumentalna, barwna Droga Krzyżowa z końca lat 60., w której sportretowani zostali mieszkańcy, astronauci i Ghandi; mały park z samotną kolumną i duży park ze wspomnieniem potańcówek; przejrzysta rzeka, idealna do brodzenia po kolana i do archeologicznych poszukiwań; Muzeum Regionalne ze skrzypiącymi podłogami i wspaniałymi sgraffitami na wyciągnięcie ręki; zaangażowanie napisów na murach; idealnie zachowane wnętrze neoromańskiego, małego kościoła; szukanie śladów i znaków pradziejów bliższych i dalszych; architektoniczny entuzjazm Karola; podwójna porcja naleśników w Barze Popularnym i wynajdywanie własnych ścieżek. Podoba mi się Chojnów.

IMG_0898

IMG_0066

Mury mówią w Chojnowie

Lipiec był miesiącem wzmożonej działalności integracyjno-zapoznawczej, prowadzonej pod egidą dolnośląskiej sekcji ESK 2016 i pod osłoną (dosłowną) pawilonu MoKaPP, który przez dwa tygodnie stał w chojnowskim (małym) parku. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się, co to za pawilon, jak wygląda, jak działa i gdzie się aktualnie znajduje, to zajrzyjcie tu:

https://www.facebook.com/pawilonmokapp

Biały pawilon początkowo wzbudzał pewną nieufność, a potem stał się drugim domem, miejscem spotkań, zabaw i warsztatów. I bazą wypadową dla spacerów, eksploracji i tropienia chojnowskiej historii – w efekcie tych poszukiwań powstała gra, dzięki której można w sposób aktywny zwiedzać miasto, a także szkic spacerownika, który bardzo dobitnie pokazuje, że jest co oglądać, dokąd pójść i czym się zainteresować.

IMG_0106

Żelbetowa wieża ciśnień

Na dobry początek wystarczy jeden dzień – dla bardziej wnikliwych dwa, a może nawet trzy (my obeszliśmy Chojnów w cztery dni, a i tak pozostało uczucie pewnego niedosytu). Bo zwiedzanie tego miasta, położonego między Legnicą i Lubinem, dawnej przemysłowej potęgi, po której zostały tylko opowieści, jest zagłębieniem się w historię miejsc zapomnianych i niebyłych, prześwitujących przez kolejne warstwy farby i ciszy. Chojnów to dolnośląski palimpsest, z oficjalną piastowską narracją, niemiecką tkanką, PRL-owskim sukcesem gospodarczym i współczesnym oczekiwaniem na zmianę.

W pierwszej chwili może się wydawać, że wystarczy tylko obejść (zbyt?) ogromny Rynek, obejrzeć dwa kościoły i jedną wieżę, wypić kompot w Barze Popularnym i pojechać dalej. Ale można zostać dłużej i zacząć się przyglądać śladom i wskazówkom, które zaprowadzą nas do dawnej synagogi (dziś to sala gimnastyczna), do Bractwa Strzeleckiego, na willowe przedmieście z przełomu wieków, na dworzec i do dziewczyny z warkoczem, do muzealnego lapidarium (gdzie okaże się, jak kiedyś wyglądała rynkowa fontanna) i wyżej, na cmentarne wzgórze, otoczone murem zrobionym ze starych, niemieckich nagrobków.

IMG_0910.JPG

IMG_0934

IMG_0906

IMG_0350

Dziewczęcy detal, synagoga, dworzec i Rynek

W Chojnowie jest wszystko: średniowieczne opowieści pomieszane z napoleońskimi legendami, historie rozlicznych pożarów i zniszczeń, rozmach końca XIX wieku, wątki kolejowe i fabryczne, rękawiczki eksportowane do USA, manierystyczne portale i ciągłe zaczynanie od nowa.

A wy rozpocznijcie swój spacer od placu Dworcowego, przy resztce fontanny jubileuszowej – warto mieć ze sobą jej stare zdjęcie, bo zlikwidowaną kolumnadę znajdziecie w zupełnie innym miejscu. Składajcie sobie przeszłość z teraźniejszością i bądźcie wyrozumiali dla tych, którzy wciąż i wciąż musieli odbudowywać to miasto. Po prostu – zwiedzajcie Chojnów!

12_fontanna_jub

IMG_0323

Chojnowski dworzec i fontanna jubileuszowa (oraz jej zachowane fragmenty)

Więcej zdjęć i ciekawostek znajdziecie tutaj:

https://chojnow.wordpress.com

Tymczasem MoKaPP przemieścił się już do Szczytnej, a we wrześniu będzie stacjonował w Nowej Rudzie. Zapraszamy!

IMG_0312

IMG_0305

Lato 2016 w MoKaPPie

[Zdjęcia: A. Gabiś]

/To jest spóźniony wpis urodzinowy, bo blog miał w sierpniu kolejną kolejną rocznicę –  i dlatego podoba mi się! /

Zapisz

Zapisz

Czerwiec nie skłania do pisania. Bardziej interesujące okazują się plenery, tereny zielone, słońce i wszystkie poboczne aktywności. Niektóre z takich działań stają się coraz ważniejsze i ciekawsze, i zajmują coraz więcej czasu i przestrzeni. Mogę do nich na pewno zaliczyć wszystkie tematy biżuteryjne i fotograficzne, oscylujące wokół srebra i złota: miniony miesiąc był bardzo yuvelowy, co mnie cieszy niezmiernie i zaostrza apetyt na więcej.

Przy okazji robienia zdjęć nowej serii naszyjników (geometryczne formy i delikatne łańcuszki) wyciągnęłam z podręcznego magazynku wzornictwa lat 60. emaliowaną tackę, wyprodukowaną przez hutę w Rybniku. Do kompletu jest jeszcze cukiernica i mlecznik, wszystko czarne, połyskliwe, udekorowane złotymi, abstrakcyjnymi znakami i czekające od dawna na swoje pięć minut, które właśnie nadeszło. Duet zadziałał bezbłędnie, obiecuję sobie, że do tego stylowego tła jeszcze wrócę.

IMG_0049

IMG_0007

IMG_0018

Srebrne naszyjniki od http://yuvel.pl/

Dla nowych projektów sprawdzają się różne tła, oprócz czarnej emalii i lnu także biel, po prostu i dla wyrazistej faktury srebra. Geometrii przybywa, kolejny naszyjnik gotowy i graniastosłupowy:

IMG_0113

Graniastosłup i geometryczny łańcuszek od http://yuvel.pl/

W ciągu ubiegłego miesiąca miałyśmy też przyjemność wykonać kilka zleceń na zamówienie, dla miłych znajomych i nieznajomych. Mam nadzieję, że będzie im z tą biżuterią dobrze i pogodnie na co dzień i od święta. Na przykład z tymi srebrnymi, matowymi obrączkami:

IMG_0015

IMG_0013

IMG_0067

Srebrne obrączki dla niej i dla niego od http://yuvel.pl/

Oczywiście świat nie kończy się na Yuvel i biżuterii, chociaż to coraz ważniejsza część mojej rzeczywistości. Ale – szykuje się nowy remont (na który bardzo się cieszę, bo ma w sobie pierwiastek sentymentalnej podróży w przeszłość oraz urok odnowionych kontaktów towarzyskich), a pod Różowym Królikiem pojawiają się kolejne detale (mniej lub bardziej prozaiczne). Epokowym wydarzeniem okazał się montaż kratki wentylacyjnej: białej, ceramicznej, dziurkowanej. Następne już na pewno będą listwy!

DSCF5005

DSCF5002

Mała rzecz, a cieszy (i dziura nad lodówką zniknęła)

Kolekcja szkła, zamiast powiększyć się o nowy wazon, powiększyła się o absolutnie niepotrzebny, ale urodziwy (oraz przeceniony) świecznik Toma Dixona. Złoci się i świeci, wieczorami szczególnie.

DSCF7005

Mała rzecz, a świeci (szkło i reszta)

Za kilka dni minie rok od wprowadzenia się do nowego/starego mieszkania. Nadal mnie to jakoś dziwi i zaskakuje. I cieszy, w bardzo konkretnych momentach, takich jak wtedy, kiedy mogę pójść do ogrodu i narwać piwonii. Z tej kępy kwiatów, która “od zawsze” rośnie pod płotem, i z której “od zawsze” ktoś zabierał kilka pąków i układał z nich bukiet. W tym roku bukiet był rozwichrzony, pachnący i bladoróżowy. I mój.

IMG_0091

IMG_0088

Piwonie i popielniczka Bohemia

/Niezmiennie zachęcam do zaglądania na stronę http://yuvel.pl/

i na fb https://www.facebook.com/yuvelbizuteria/

A ceramiczne kratki można nabyć tutaj: http://gappy.pl/

Zapisz

Są takie momenty i działania, które zostają w pamięci i później (a nawet dużo później) wracają w nieco zmienionej postaci, ale wciąż mają w sobie odprysk tamtej radości i beztroski. Jednym z takich ważnych motywów mojej nastoletniości były koraliki: szklane, ceramiczne, drewniane, nawlekane na żyłki, druciki, rzemyki, przeplatane i przerabiane, układane w długie naszyjniki, wielokolorowe bransoletki albo lekkie kolczyki. Na studiach doszłam do sporej rzemieślniczej sprawności i nawet sprzedawałam te moje produkcje w kilku miejscach (dlatego nadal z dużym sentymentem myślę o galerii MBWA w Lesznie i o hipotetycznych klientkach tejże galerii).

Ale najważniejszy w procesie koralikowym był fakt, że nie był to proces samotniczy – bo byłyśmy dwie. A we dwie można nawlekać przez całą noc, słuchać pogodnie psychodelicznej muzyki, opowiadać, słuchać i zaklinać rzeczywistość. Co nie jest w sumie takie trudne w obliczu muranowskiego szkła, bursztynów lub futrzanych kulek (bywały i takie korale). Warsztat rozkładany był na podłodze albo na stole, w Polsce lub za zachodnią granicą, czasem był tylko wirtualny, czasem telefoniczny, a czasem ograniczał się do wymiany co ciekawszymi egzemplarzami, i nawet jeśli któraś miała przestój, brak chęci lub możliwości, to temat zawsze był gdzieś w tle.

Już jakiś czas temu pochowałam w szkatułkach ulubione koralikowe bransoletki i właściwie mogłabym uznać, że przygoda się skończyła i jedyne, co teraz mogę zrobić, to powspominać sobie z A. nasze wielogodzinne nawlekania. Ale tego nie zrobię, bo właśnie zaczęło się zupełnie nowe przedsięwzięcie, które mimo tego, że jest nowe i inne, to ma w sobie urok i energię dawnego wymyślania i układania – i nie jest samotnicze, tylko pozytywnie kolektywne.

Pomysł był A., jej są projekty i nadzór nad całym procesem produkcji. Ja wspieram, robię zdjęcia, konsultuję oraz (a może przede wszystkim?) używam. Czyli noszę biżuterię od Yuvel.

IMG_7310

IMG_7271

Srebrna bransoletka ze złotym kółkiem (projekt: Yuvel)

To biżuteria robiona ręcznie (i na zamówienie), szlachetna, minimalistyczna, czasem delikatna, czasem trochę surowa, do noszenia na każdą okazję i bez okazji. Lubię ciężar tych bransoletek, lubię okrągły przekrój pierścionków i obrączek, lubię różne faktury srebra i odcienie złota. I to, że można podywagować, pozmieniać, wymyślić, i mieć coś zupełnie własnego i wyjątkowego. Jak na przykład mój ulubiony trójkątny kolczyk z oksydowanego srebra, jeden, bo kolczyki noszę zawsze asymetrycznie.

IMG_7616

IMG_0535

IMG_7104

Kolczyki złote i srebrne (projekt: Yuvel)

Przymiarki do zaprezentowania gotowej biżuterii trwały już od jakiegoś czasu, równolegle prowadzone były szeroko zakrojone konsultacje społecznie dotyczące nazwy, hasła, logo oraz strony i w międzyczasie fotografowałam kolejne egzemplarze na kolejnych tłach (mam teraz w mieszkaniu komplet desek, płytę chodnikową oraz niezawodny, lniany obrus).

IMG_6110

IMG_7583

IMG_7302

Bransoletka na lnie, pierścionek na granicie i obrączki na sklejce (projekt: Yuvel)

Od zawsze byłam sceptycznie nastawiona do złota, że takie żółte, świecące i oficjalne. Ale A. przekonała mnie, że dzięki sensownej obróbce i dobrej znajomości cech materiału złoto może nabrać charakteru, skomponować się z wieloma kolorami i stać się świetną oprawą dla kamieni (dla jasnego akwamarynu, dla zielonego turmalinu i dla poważnych brylantów).

IMG_7443

03

IMG_6133

Złote pierścionki: akwamaryn, turmalin, brylant (projekt: Yuvel)

IMG_6087

IMG_6069

Złote obrączki (projekt: Yuvel)

Wszystkie moje zdjęcia, wraz z opisami, znalazły się na stronie, którą przygotował KSz, wykazujący się podczas całego procesu dużą cierpliwością i nawet pewnym zaangażowaniem (za co oczywiście jestem wdzięczna). Strona została opatrzona hasłem “Piękno elementarne”, które właściwie mówi wszystko, podobnie jak bezpośrednio łączy się z biżuterią sama nazwa przedsięwzięcia, czyli Yuvel: jak klejnot, jak radość i lekkość. Ale dla mnie, tak prywatnie, to coś  jeszcze – to Yuva. Czyli młodość.

IMG_0304

Matowe złoto i ciemne drewno (czyli fragment bransoletki od Yuvel)

Do tego sentymentalnego wpisu dołączam namiary na stronę i logo Yuvel – w imieniu swoim oraz A. serdecznie zapraszam do odwiedzania, oglądania i zamawiania!

http://www.yuvel.pl

yvel-white

ps 1 Yuva znaczy młodość oczywiście w hindi.

ps 2 Dziękuję wszystkim przyjaciołom i znajomym za konsultacje, a redaktorowi za najlepsze, chociaż niestety niedocenione, hasło.

ps 3 I oczywiście, last but not least, dziękuję A., że nadal chce ze mną nawlekać te koraliki.