Archives for posts with tag: architektura

Lato było i minęło, z wycieczkami bliższymi oraz dalszymi (czyli nad Bałtyk), a wśród nich była jedna, mająca charakter rozrywkowego awersu ekstremalnej wyprawy zimowej, o której pisałam tutaj. Tym razem Opole nurzało się w ciepłym świetle drugiej połowy sierpnia, co umożliwiało bezproblemową eksplorację zakątków już znanych oraz odkrywanie tych wcześniej niewidzianych (bo np. ukrytych pod śniegiem).

Zaraz obok placu dworcowego, przy ul. Krakowskiej wznosi się imponujący (jakże by inaczej) zespół budynków pocztowych – przeważa wiek XIX, ale mnie szczególnie zafrapowała nowsza część, którą zapowiada konny pomnik (dłuta Feliksa Kupscha) wystawiony ku czci bohaterskich pocztowców z I wojny światowej, zaś wejścia na teren placówki broni wysoki łuk kamiennej bramy. Surowa faktura piaskowcowych ciosów wchłania odgłosy ulicy, a komunikat z przeszłości (Erbaut) został z niej starty bardzo niedbale i powierzchownie.

DSCF7226

DSCF7224

DSCF7227

Detale Poczty Głównej

W samym centrum na szczęście nie zauważyłam większych zmian, ale pojawiło się kilka nowych detali, które ucieszyły mnie przede wszystkim swoją dyskretną formą oraz sensownością. Brawa dla opolskiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich za przypomnienie o tym, że betonowy, futurystyczny “grzybek” nie pojawił się znikąd, ale ma swojego (teraz upamiętnionego) autora.

DSCF7242

Florian Jesionowski w samym sercu Opola (oraz “grzybka”)

grzybek

Opole w latach 60. i działający przystanek [za: Fotopolska.eu]

Tuż obok znajduje się Miejska Biblioteka Publiczna, którą tym razem udało nam się nawiedzić – okazało się to łatwe i przyjemne, bo na parterze placówki znajduje się duża i ogólnodostępna kawiarnia, otwarta na sąsiednie tereny zielone, wyposażona nie tylko w klasyczne stoliki, ale również w leżaki i zestawy szachowe. Można poczytać, pograć, pogapić się na liście – dobrze zrobiła ta rozbudowa (w 2010 roku, pracownia Architop) staremu budynkowi, całość jest teraz bardziej zróżnicowana i zintegrowana z otoczeniem, neutralna, z dyskretnie wplecionymi wątkami literackimi (wiem, jestem nieobiektywna, można mnie kupić za “Opadły mgły” na fasadzie).

6Wj33g86qqBLkufAaKZBOriQytHaYsGYvoyqhmECsHL4ID2j0gU0wpU9bBc4_biblioteka-opole-3-image(660x_)

Opolska biblioteka, styk nowej i starej części oraz cytaty [za: sztuka-architektury.pl]

DSCF7253

Widok biblioteczno-kawiarniany na zieleń

W pełnym słońcu udało nam się również dotrzeć na Mały Rynek, który mogę z pełną odpowiedzialnością i przekonaniem nazwać jedną z najbardziej urokliwych i sensownych przestrzeni publicznych, w jakich miałam przyjemność (lub nie) przebywać w ciągu ostatniej dekady. Precyzując – przestrzeni zrewitalizowanych, wyremontowanych, zmienionych, jak zwał, tak zwał. Bo trójkątny Mały Rynek ma już swoje lata i ustaloną pozycję na Starym Mieście, w tym również sąsiedztwo malowniczego kościoła “Na Górce” (swoją drogą, wysokie schody i ekspozycja tej świątyni to jeden z moich ulubionych, opolskich widoków). Ale wymagał remontu, w 2009 ogłoszony został konkurs, a w 2015 roku całość została oddana do użytku. I jaki jest ten nowy, dwuletni Mały Rynek? Bezpretensjonalny. Proporcjonalny. Kameralny. Słoneczny i zacieniony. Autorzy (wrocławska pracownia Basis) nie popadli w megalomanię, w nadmiar gadżetów, w bezwzględną geometrię. I tak jak zapowiadali po wygranym konkursie – postawili na proste rozwiązania, bez fajerwerków [halo, Wrocław, słyszycie? Bez fajerwerków!].

DSCF7240

opole

Mały Rynek letnią (i wczesną) porą

Są betonowe płyty przetykane trochę niesubordynowaną trawą, jest część przeznaczona dla kawiarnianych ogródków i część dla relaksu na krzesełkach i ławkach (wzór znany z dworca PKP we Wrocławiu), w cieniu akacji i w szumie ich drobnych listków, wieczorem podświetlanych białymi kulami-lampami. Bardzo chciałam zobaczyć to miejsce w lecie – podczas ostatniego pobytu kule oświetlały tylko grubą warstwę śniegu i prawie przegapiliśmy Mały Rynek. Teraz mogłam sobie posiedzieć pod drzewem, odpocząć i przyjrzeć się okolicy. I okazało się, że ma ona w sobie cechę rzadko spotykaną w polskich miastach, odnawianych i upiększanych za grube miliony – ma w sobie skromność. I nie aspiruje. No, duża to jest rzecz, naprawdę.

Spacerowym krokiem zawędrowaliśmy również na drugą stronę rzeki, gdzie w popołudniowym słońcu grzał się imponujący gmach Urzędu Wojewódzkiego. Problematyczny to obiekt, zbudowany w 1936 na miejscu zrębów piastowskiego Opola, dominujący nad okolicą swoją horyzontalną narracją. I mimo tego, że czytam w tej architekturze trudną przeszłość oraz dużą dozę polityczności, to nie mogę się oprzeć finezji ceramicznych okładzin, urokowi kompozycji podpór i podcieni oraz oryginalnym, drewnianym żaluzjom (spieszcie się je oglądać, bo już zaczynają być wymieniane na plastik w kolorze bardzo średniobrązowym).

DSCF7256

DSCF7260

DSCF7265

Światła i cienie urzędu

I co jeszcze? Chociażby wczesnojesienna wersja placu Daszyńskiego (nazywanego wiadomo jak…), z rozwichrzonymi trawami i ziołami w tonacji już złotawo-rudej, z popołudniowymi spacerowiczami, którzy na dziś przestali się już spieszyć. Moje Opole jest w ogóle bardzo spacerowe, zielone, pełne skwerów, mostków i refleksów świetlnych. A przede wszystkim jest dosyć zadowolone z siebie, pozbawione kompleksów i tego rozdarcia między możliwościami a oczekiwaniami, które powoduje nerwowość oraz mnogość nietrafionych decyzji. I tak sobie myślę, że jeśli będę zmęczona życiem w moim mieście, które wciąż nie umie (i nie chce) żyć na swoją miarę i modłę, to po prostu znów wsiądę w pociąg i po godzinie – przywitam się z babą na byku.

DSCF7271

Letni wieczór baby na byku (czyli pomnik ku czci Bojownikom o Wolność i Polskość Śląska Opolskiego)

Advertisements

Blog leży i kwiczy, sumienie mnie gryzie, ale co robić, skoro rzeczywistość wymaga i angażuje. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że efekt pracy ostatnich kilku miesięcy jest również internetowy. I blogowy trochę też.

W marcu oficjalnie ruszył pierwszy internetowy przewodnik po wrocławskiej architekturze XX i XXI wieku, czyli Wroapp. Za pomysł i teksty odpowiada Fundacja Transformator (czyli Michał Duda, Karolina Jara i ja), za zdjęcia Jerzy Krzysztof Kos, a za oprawę graficzną – Marian Misiak. Pomysł powstał już parę lat temu i zakładał przygotowanie podręcznej książeczki, którą można wziąć na wycieczkę po mieście (w przeciwieństwie do już istniejących publikacji, z których każda waży po 5 kilo albo i więcej). W toku prac i dyskusji, już pod egidą Europejskiej Stolicy Kultury, stanęło na responsywnej stronie, która ma otwartą strukturę, sprzyjającą zmianom i aktualizacjom (ale nie ma obawy, nie pożegnaliśmy się jeszcze z wizją książki!).

Wroapp to po prostu skrót od: wrocławska architektura przed/po. Przed i po 1945, który to rok jest symbolicznym momentem przełomu i zmiany w historii miasta, radykalną cezurą i punktem zwrotnym, ale jednocześnie ten przełom skłania do przyjrzenia się całemu stuleciu, do poszukiwań wspólnych wątków i diametralnych różnic, a w architekturze pozwala uchwycić ciekawe analogie: niezależne od ustrojów i nacji próby nowoczesnych narracji, zatrzymania w pół drogi, eksperymenty i kompromisy, światowe plany i peryferyjne okoliczności.

Na początek wybraliśmy setkę budynków i osiedli, wśród których są realizacje znane i mniej znane, oczywiste i dyskusyjne, a często po prostu – rzadko zauważane (pod warstwami lat i brudu). Początek XX wieku, lata naste i 20., wciąż mało znany okres po 1933 roku, odbudowa i socrealizm, boom lat 60., osiedla na obrzeżach, nieco spóźniony postmodernizm i wreszcie współczesność, czyli ostatnie dwie dekady, które w dużej mierze wpłynęły na zmianę wizerunku niektórych części Wrocławia.

Ale nie chcieliśmy opowiadać tylko o formie i detalu – chcieliśmy pójść na spacer śladami wyobrażeń, które zweryfikowała rzeczywistość, zobaczyć znaki dawnych i współczesnych ambicji (lub ich przerostu), przypomnieć imiona i nazwiska, pokazać podwórka, zaplecza i niespodzianki. Dlatego wszystkie zdjęcia są kolorowe, bo nie da rady uciec przed chaosem czy zaniedbaniami, ale to też jest Wrocław, ze wszystkimi swoimi lukami, dosłownościami i łuszczącą się farbą (spod której widać niemieckie napisy).

_DSC0275_m

Dom Igloo (proj. Witold Lipiński, 1962-1963) http://wroapp.pl/obiekt/dom-igloo/

_DSC7073m

Biurowiec (proj. Hans Poelzig, 1911-1913) http://wroapp.pl/obiekt/prototyp-biurowca

Strona zawiera obiekty (ułożone losowo, jak mozaika), które można sortować po czasie powstania, funkcji i architektach. Można również wybrać trasę tematyczną, albo przygotować swoją własną. Jeszcze nie wszystkie obiekty są opublikowane, jeszcze nie wszystko działa idealnie, ale pracujemy nad tym – i czekamy na uwagi oraz opinie użytkowników, którym będzie się chciało odpalić wroapp na komputerze lub telefonie.

_DSC7602m

Apartamentowiec Thespian (proj. Maćków Pracownia Projektowa, 2008-2011) http://wroapp.pl/obiekt/apartamentowiec-thespian/

_DSC5943m

Budynek plombowy (proj. Wojciech Jarząbek, 1994-1996) http://wroapp.pl/obiekt/barwna-plomba/

Powyższe zdjęcia wykonał Jerzy Krzysztof Kos, na stronie jest ich oczywiście dużo więcej, część budynków ma całą dokumentację fotograficzną, a niektóre – po prostu zdjęcie poglądowe. W miarę możliwości będziemy też dodawać zdjęcia archiwalne, a smutne widoki zimowe zostaną podmienione na bardziej wiosenne. Czyli sporo jeszcze przed nami pracy, eksplorowania i pisania, ale już teraz bardzo zachęcam do odkrywania Wocławia z Wroapp, realnie albo wirtualnie: zwiedzajcie z nami nowoczesny Wrocław!

http://www.wroapp.pl

 

Przed_po_strona1

Projekt graficzny strony: Marian Misiak

I jeszcze zdjęcie pamiątkowe, z premiery w Barze Barbara, 9 marca 2017 roku.

fundacja_fot.N.Dobryszycka

Fundacja Transformator w komplecie: Karolina Jara, Michał Duda i Agata Gabiś, a w tle trasa pt. Wątki ceglane (fot. Natalia Dobryszycka)

 

/a jeśli kogoś w ogóle nie interesują takie historie, to zapowiadam, że wkrótce pojawią się nowe, poremontowe zdjęcia. I kolejna lampa. Howgh/

 

Od dawien dawna planowałam tę wycieczkę i jakoś nie mogłam się zmobilizować. Zmobilizował mnie wreszcie KSz, zakupił bilety pkp i zaklepał nocleg, nie pozostało więc nic innego, jak pojechać. Opole przywitało nas długim weekendem, własnym biegunem zimna oraz obchodami 800-lecia, a także betonową Nike na turze (bardziej Pocahontas na bizonie), światowym sznytem ulicy Kołłątaja, przeglądem szopek noworocznych i urokliwą pustką zaśnieżonego amfiteatru.

To są moje ulubione miasta: z posklejaną historią, którą można przeczytać w siatce ulic, w pęknięciach i nawarstwieniach, z kilkoma narracjami (przedwojenną, powojenną, współczesną, polską, niemiecką, śląską), z wieloma estetykami (barok i rokoko, nowoczesne międzywojnie, bezkompromisowe lata 30., odbudowa i budowa, powojenny modernizm, entuzjastyczne lata 90., stonowana współczesność).

Podczas tej wycieczki dopiero rozpoczęłam lekturę Opola –  niestety siarczysty mróz uniemożliwił dłuższe i dalsze spacery. Ale w rozpoznaniu miejsca bardzo przydatne okazały się wystawy w Muzeum Śląska Opolskiego, a także w jego kameralnym oddziale, czyli kamienicy przy ul. Św. Wojciecha (z wyposażonymi i zachowanymi wnętrzami kilku mieszkań). Natomiast wizyta w Muzeum Polskiej Piosenki, pełnego muzyki, filmów i zdjęć, poskutkowała całkiem poważną pamiątką, czyli własnym nagraniem o jakości całkiem profesjonalnej (po kilku nieudanych próbach zaśpiewania różnych ambitnych utworów stanęło na klasycznej pieśni miłosnej “O, Ela”).

img_0200

Widok nocny i hotelowy (TVP Opole prosi o pozostanie w domach z powodu mrozu)

img_0223

img_0215

Betonowy nawis dla taksówek (w Opolu lata 60. trzymają się mocno)

img_0255

Wiadomo (i można wejść na scenę)

img_0306

Moda i brise-soleil przy ul. Kościuszki

Z powodu problemów technicznych albo mrozu (lub jednego i drugiego) mój aparat wybrał kolorystykę filmów ORWO, dlatego też sporo zdjęć nie nadaje się do pokazania – są nastrojowe i bardzo różowe. Iluś zdjęć również nie zrobiłam z powodu aury oraz odmarzających palców: Mały Rynek jest zapewne uroczy, ale w nocy, pod warstwą śniegu trochę tego nie widać. Czyli trzeba będzie wrócić w okresie wiosenno-letnim, po prostu i z przyjemnością.

img_0241

img_0231

Opole w odcieniach ORWO

Wyprawa miała jednak jeden, konkretny cel i nie była nim realizacja zadania pt. “Zwiedzanie miast polskich w styczniu”. Celem była wystawa czeskiej i czechosłowackiej fotografii w Muzeum Śląska Opolskiego, a przy okazji nawiedziliśmy pozostałe ekspozycje. Kuratorami wystawy są Vladimír Birgus i Štěpánka Bieleszová, którzy wybrali zdjęcia fotografów znanych i mniej znanych: od abstrakcyjnych kompozycji z lat 20. po dokument lat 80. i współczesne eksperymenty. KSz najwnikliwiej oglądał zdjęcia swoich ulubieńców, czyli Kolářa i Štreita, a muzeum opuścił z albumem w plecaku (kolega M. – z dwoma). Wystawa trwa do 29 stycznia, warto zajrzeć. I do działu malarstwa również, demoniczny kot Krzyżanowskiego powinien nadal siedzieć na kanapie i ultramarynowym tle.

http://muzeum.opole.pl/?post_type=wystawy&p=13018

d2FjPTY2NngxLjY0ODUxNDg1MTQ4NTE=_src_8252-streit-foto_b.jpg

Fot. Jindřich Štreit (to zdjęcie też jest na wystawie)

Co jeszcze? Naleśniki nad Młynówką, ceramiczne okładziny urzędu wojewódzkiego, zimne ognie przy kolorowej fontannie, 6 króli pałaszujących obiad, schody i schodki, zbarokizowany gotyk, opolska Ceres, Stachura na bibliotece, okrągłe dworcowe stoliki, mosty i kładki, zagubiony Jonasz Kofta, życzliwość dla zmarzniętych turystów i oczywiście 80 minut opóźnienia pociągu powrotnego.

I sentymentalny filtr, przez który chyba zawsze będę patrzeć na to miasto:

We wrześniu rozpoczął się nowy remont, taki generalny i na serio, z burzeniem ścian, zmianą wszystkich kabli i rur, a nawet zmianą funkcji pomieszczeń. Niby nic nadzwyczajnego, plan gotowy, wszystko policzone i ustalone. Ale w tym “wszystko” mieści się cała gama światłocieni i obrazów z przeszłości, a konkretnie – ze wczesnoszkolnego dzieciństwa.

Znów mamy lata 80., osiedle niskich bloków z zielonymi podwórkami, balkony obrośnięte winoroślą i podobne przedpokoje obłożone boazerią. Do szkoły jest niedaleko, wraca się dużą grupą, a potem idzie się na obiad do losowo wybranego mieszkania – przecież wszędzie są znajomi sąsiedzi i znajome dzieci.

Znam te bloki od zawsze, pamiętam boazerię i zieleń, a najbardziej – serdeczność i rodzinność, które zostały w ścianach i pokojach, chociaż dziś prawie wszystko już się zmieniło: remont raczej nie stłumi dobrego klimatu, pomoże za to odzyskać jasną przestrzeń i trochę poprawi funkcjonalność całości. Ale światło się nie zmieni.

dscf1214

dscf1218

Archeologia remontowa

Ku zaskoczeniu wszystkich osób zaangażowanych w remont okazało się, że ściany w mieszkaniu mają li i jedynie 4 cm grubości. Są oczywiście betonowe, z wyraźną fakturą i ręcznie wymalowanymi na placu budowy numerami. Po demontażu kafli w kuchni (która będzie małą sypialnią) ukazały się warstwy zdecydowanych kolorów i ekspresjonistyczna kompozycja linii i plam – zostaną po niej pamiątkowe fotografie.

dscf1227

dscf1239

dscf1243

Przestrzał, beton i okładziny ścienne

Ciemnawy i długi przedpokój został skrócony i częściowo otwarty na duży pokój: demontaż boazerii nie tylko pozwolił odzyskać kilka centymetrów powierzchni, ale również odsłonił wcześniejsze warstwy tapet w roślinne wzory oraz inskrypcje z dawnych czasów, ręcznie wypisane bezpośrednio na ścianach.

dscf1254

dscf1257

Inskrypcje naścienne

Na tym etapie prac można po prostu dotknąć przeszłości, jest materialna i namacalna, lata 80. mają tu swoją fakturę i koloryt. Za chwilę znikną najpoważniejsze rysy i pęknięcia, pojawią się nowe detale i kolory, zmieni się (chociaż w sumie nieznacznie) układ całego mieszkania. Mam jednak nadzieję, że nadal – gdy tylko ktoś przekroczy próg – poczuje, że jest w domu.

dscf1271

Sztuka postkuchenna

/Dziękuję koleżance AKR za kontakt, propozycję remontową i możliwość powrotu do dawno nie odwiedzanych zakątków. Czuję, że to będzie miłe miejsce – przecież zawsze takie było!/

Zapisz

Podoba mi się: monumentalna, barwna Droga Krzyżowa z końca lat 60., w której sportretowani zostali mieszkańcy, astronauci i Ghandi; mały park z samotną kolumną i duży park ze wspomnieniem potańcówek; przejrzysta rzeka, idealna do brodzenia po kolana i do archeologicznych poszukiwań; Muzeum Regionalne ze skrzypiącymi podłogami i wspaniałymi sgraffitami na wyciągnięcie ręki; zaangażowanie napisów na murach; idealnie zachowane wnętrze neoromańskiego, małego kościoła; szukanie śladów i znaków pradziejów bliższych i dalszych; architektoniczny entuzjazm Karola; podwójna porcja naleśników w Barze Popularnym i wynajdywanie własnych ścieżek. Podoba mi się Chojnów.

IMG_0898

IMG_0066

Mury mówią w Chojnowie

Lipiec był miesiącem wzmożonej działalności integracyjno-zapoznawczej, prowadzonej pod egidą dolnośląskiej sekcji ESK 2016 i pod osłoną (dosłowną) pawilonu MoKaPP, który przez dwa tygodnie stał w chojnowskim (małym) parku. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się, co to za pawilon, jak wygląda, jak działa i gdzie się aktualnie znajduje, to zajrzyjcie tu:

https://www.facebook.com/pawilonmokapp

Biały pawilon początkowo wzbudzał pewną nieufność, a potem stał się drugim domem, miejscem spotkań, zabaw i warsztatów. I bazą wypadową dla spacerów, eksploracji i tropienia chojnowskiej historii – w efekcie tych poszukiwań powstała gra, dzięki której można w sposób aktywny zwiedzać miasto, a także szkic spacerownika, który bardzo dobitnie pokazuje, że jest co oglądać, dokąd pójść i czym się zainteresować.

IMG_0106

Żelbetowa wieża ciśnień

Na dobry początek wystarczy jeden dzień – dla bardziej wnikliwych dwa, a może nawet trzy (my obeszliśmy Chojnów w cztery dni, a i tak pozostało uczucie pewnego niedosytu). Bo zwiedzanie tego miasta, położonego między Legnicą i Lubinem, dawnej przemysłowej potęgi, po której zostały tylko opowieści, jest zagłębieniem się w historię miejsc zapomnianych i niebyłych, prześwitujących przez kolejne warstwy farby i ciszy. Chojnów to dolnośląski palimpsest, z oficjalną piastowską narracją, niemiecką tkanką, PRL-owskim sukcesem gospodarczym i współczesnym oczekiwaniem na zmianę.

W pierwszej chwili może się wydawać, że wystarczy tylko obejść (zbyt?) ogromny Rynek, obejrzeć dwa kościoły i jedną wieżę, wypić kompot w Barze Popularnym i pojechać dalej. Ale można zostać dłużej i zacząć się przyglądać śladom i wskazówkom, które zaprowadzą nas do dawnej synagogi (dziś to sala gimnastyczna), do Bractwa Strzeleckiego, na willowe przedmieście z przełomu wieków, na dworzec i do dziewczyny z warkoczem, do muzealnego lapidarium (gdzie okaże się, jak kiedyś wyglądała rynkowa fontanna) i wyżej, na cmentarne wzgórze, otoczone murem zrobionym ze starych, niemieckich nagrobków.

IMG_0910.JPG

IMG_0934

IMG_0906

IMG_0350

Dziewczęcy detal, synagoga, dworzec i Rynek

W Chojnowie jest wszystko: średniowieczne opowieści pomieszane z napoleońskimi legendami, historie rozlicznych pożarów i zniszczeń, rozmach końca XIX wieku, wątki kolejowe i fabryczne, rękawiczki eksportowane do USA, manierystyczne portale i ciągłe zaczynanie od nowa.

A wy rozpocznijcie swój spacer od placu Dworcowego, przy resztce fontanny jubileuszowej – warto mieć ze sobą jej stare zdjęcie, bo zlikwidowaną kolumnadę znajdziecie w zupełnie innym miejscu. Składajcie sobie przeszłość z teraźniejszością i bądźcie wyrozumiali dla tych, którzy wciąż i wciąż musieli odbudowywać to miasto. Po prostu – zwiedzajcie Chojnów!

12_fontanna_jub

IMG_0323

Chojnowski dworzec i fontanna jubileuszowa (oraz jej zachowane fragmenty)

Więcej zdjęć i ciekawostek znajdziecie tutaj:

https://chojnow.wordpress.com

Tymczasem MoKaPP przemieścił się już do Szczytnej, a we wrześniu będzie stacjonował w Nowej Rudzie. Zapraszamy!

IMG_0312

IMG_0305

Lato 2016 w MoKaPPie

[Zdjęcia: A. Gabiś]

/To jest spóźniony wpis urodzinowy, bo blog miał w sierpniu kolejną kolejną rocznicę –  i dlatego podoba mi się! /

Zapisz

Zapisz

Czy popołudnie może być zbyt błękitne? Ostatni miesiąc cały był lazurowy, w odcieniach niebieskiego i granatowego, w łagodnym, miękkim świetle. Barwy światła i nieba trzeba zachować pod powiekami, na zdjęciach zawsze okazują się nie takie, zbyt jasne albo zbyt oczywiste. Ale próbowałam – i przywiozłam z Rzymu zapas niebieskiego koloru, przyda się na później.

Moje pierwsze włoskie wakacje miały kilka wątków: architektonicznych, spacerowych, banalnych i towarzyskich. Wątek architektoniczny zgrabnie i mimochodem przeplatał się z filmowym, ścieżka wśród ruin prowadziła na pastwisko wesołych owiec, a najlepsze lody melonowe były codziennie na Isola Tiberina. Ale od miasta trzeba czasem uciec, kolor ochry i jaskrawa biel zaczynają męczyć – a niebo w nasyconym kolorze trwa spokojnie nad ulicami, ruinami, setkami turystów i dziesiątkami posągów. Azzurro, il pomeriggio è troppo azzurro e lungo per me…

IMG_6482
IMG_6550
IMG_6810
IMG_6831
IMG_6812
IMG_6525
IMG_6696
IMG_6808
IMG_6533
IMG_6653
IMG_6735
IMG_6816

IMG_6990
Niebo w roli głównej, a pod nim:

  1. Dworzec Termini
  2. Santa Maria in Ara coeli
  3. Palazzo della Civiltà Italiana (dzielnica EUR)
  4. Palazzo dei Congressi (również EUR)
  5. Jak nr 3
  6. Obelisk przed kościołem Trinità dei Monti (w remoncie)
  7. Plac przed bazyliką św. Piotra
  8. Jak nr 3 i 5
  9. Kwadryga na pomniku Wiktora Emanuela
  10. Gołąb na Piazza Navona
  11. Dzielna Anita Garibaldi
  12. Wiadomo
  13. Neon w MAXXI

A właściwie w roli głównej, zawsze i niezmiennie: Adriano Celentano

Przeglądanie starych gazet przynosi czasem niespodzianki oraz sprowadza czytelnika na manowce. Szczególnie, jeśli gazeta jest architektoniczna i trzeba w niej znaleźć jakiś artykuł o wrocławskich osiedlach, ale zamiast tego – znajduje się pierścionki. Osiedle też, ale to już mniej istotne.

Krótki tekst pierwszej damy polskiego wzornictwa, czyli Ireny Huml, ukazał się w trzecim numerze “Architektury” z 1979 roku. W tytule przymiotnik “architektoniczna”, określający prezentowaną biżuterię Tomasza Zaremskiego, ujęto w cudzysłów. Dlaczego? Być może dlatego, że dość trudno jednoznacznie stwierdzić, co to właściwie znaczy – czy to biżuteria nawiązująca do architektury i konkretnych budynków? Czy może przestrzenna? Albo wymagająca starannych obliczeń i pomiarów?

Zaremski wybrał drogę prostych skojarzeń, odwołał się do malarskich przedstawień małych miasteczek, z kamieniczkami, murami i wieżyczkami. Na srebrnych obręczach pierścionków i bransolet wyrosły miniweduty, staromiejska zabudowa i bajkowe domki.

IMG_4781

Domki Tomasza Zaremskiego

Te “przedmioty sztuki” mają w sobie sporo uroku i romantyzmu, w tamtych latach były “przekroczeniem granicy biżuterii”, ale chyba też oddolnym protestem przeciw wielkiej skali i powtarzalności ówczesnej architektury.

Fikcyjne budynki Zaremskiego wciąż można oglądać w galeriach i na wystawach, w różnych odsłonach i zdobieniach. Pojawiły się na wystawie srebra w Legnicy, bazującej na kolekcji Ireny Huml i obejmującej wiele dzieł powojennej, polskiej sztuki jubilerskiej (a tym właśnie prac rodziny Zaremskich):

http://www.amber.com.pl/polecamy/item/1421-bizuteria-uratowana-z-kolekcji-prof-ireny-huml

zaremskiTomek-Zaremski

Starsze i nowsze domki Tomasza Zaremskiego

Traktuję je trochę jak świadectwo epoki, w której poszukiwano nowych/starych form i nawiązań do tradycji, ale też ceniono rzemiosło i ręczne wykonanie, dzięki czemu drobny przedmiot nabierał charakteru, zyskiwał status unikatu i sprawiał, że jego właściciel stawał się również właścicielem wyjątkowego mikrokosmosu. Obecnie podobne pierścionki są wycinane laserowo albo drukowane w 3D, pozorują autentyczność, ale nie ma w nich czasu i namysłu, który zawsze trzeba dać biżuterii.

Irena Huml w 1979 roku napisała, że “architektura w sposób bezpośredni nie stanowi na ogół inspiracji dla miniaturowego świata form biżuteryjnych”. Na ogół może nie, ale na przestrzeni stuleci co jakiś czas pojawiały się mniej lub bardziej finezyjne odwołania do architektury. Obecnie coraz częściej spotkam się z biżuterią, która na różnych poziomach, od naśladownictwa po konstrukcję, odwołuje się do architektonicznych skojarzeń.

Lubię wynajdywać te tropy, czasem są dość oczywiste, a czasem bardzo subtelne. A że z biżuterii w pierwszej kolejności frapują mnie pierścionki, a potem bransolety – to ten przegląd jest zupełnie nieobiektywny, nielogiczny i niepraktyczny. Ale za to różnorodny.

Można na przykład po prostu wziąć narzędzia, potrzebne w pracowni i na budowie, i na tej bazie stworzyć pierścionki – tak właśnie zrobił Diego Delgado Elias.

Architects-Jewellery-by-Diego-Delgado-Elias_dezeen_468_1

Architects-Jewellery-by-Diego-Delgado-Elias_dezeen_468_2

Architects-Jewellery-by-Diego-Delgado-Elias_dezeen_468_0

Pierścionki od/dla architekta (proj. DD Elias)

Miniaturowa poziomica (jakże praktyczna!), miarki, suwmiarki, brakuje tylko rapitografu. A wszystko srebrne i w sumie delikatne:

http://www.diegodelgadoelias.com/joyas#2

Inspiracją może być sam kolor poziomicy, a poszukiwanie trójwymiaru daje czasem efekty spektakularne i wielobarwne. Lisa Watson opracowała całkiem realną opcję zbudowania biżuteryjnego miasta.

lisa_watson3

lisa_watson1

lisa_watson2

lisa4

Neonowe klocki Lisy Watson

Biżuteria wielofunkcyjna i konstrukcyjna, a do tego obłędnie kolorowa, pop-artowska, postmodernistyczna i plastikowa:

http://showtime.arts.ac.uk/LisaWatson

Alternatywą dla feerii barw i form są projekty mniej dosłowne, bazujące na skojarzeniach i subtelnych nawiązaniach. “Bande des Quatres” tworzą biżuterię minimalistyczną i wyważoną, a poszczególne egzemplarze opisują nazwiskami architektów. Moją ulubioną kolekcją zdecydowanie jest “Bauhaus”, będący hołdem dla artystów z lat 20.

Gropius

Gropius

Kandinsky

Kandinsky

Vanderrohe

Van der Rohe

gunta

Bauhaus na dłoni (Gunta Stolzl)

Druga kolekcja, nazwana po prostu “Architekci”, obejmuje pierścionki i bransoletki nawiązujące do twórczości Tadao Ando, Daniela Libeskinda czy Zahy Hadid. I tak jak oni jest trochę przegadana – słabość mam tylko do Niemeyera i Nouvela (jak zwykle).

Niemeyer_med

Niemeyer

Nouvel_med

Nouvel

Kanadyjczycy z “Bande des Quatres” świetnie radzą sobie z utrzymaniem równowagi między inspiracją a oryginalną formą. Czytelny język tej biżuterii jest rozpoznawalny i frapujący. A kolekcja się rozrasta:

http://bandedesquatres.com/

Od dosłowności można odejść jeszcze dalej, w kierunku lekkich konstrukcji i przestrzennych obiektów. Być może trudno minimalistyczne prace Japonki Mariko Sumioka nosić na co dzień, ale łatwo dostrzec w nich potrzebę wytyczenia granic mikroświata, opisania płaszczyzny i bryły.

mariko2

japonia1

Konstrukty Mariko Sumioka

Artystka eksperymentuje z różnymi materiałami, tworzy z nich biżuteryjne instalacje, do noszenia i oglądania. Seria Yojo-han jest najdelikatniejsza i jednocześnie chyba najbardziej wyrazista:

http://www.marikosumioka.com/#!untitled/c1pi9

Czy istnieje kompromis między dość dosłownymi domkami i przestrzennymi konstrukcjami? Czy architektoniczna biżuteria jest do noszenia czy raczej do oglądania i podziwiania? Bardziej służy jej cytat czy sugestia? Można mnożyć pytania, szczególnie po obejrzeniu tych skrajnych przykładów, i nadal nie będzie wiadomo, co właściwie znaczy przymiotnik “architektoniczna”, pojawiający się przy bardzo odmiennych przedmiotach. Nie potrafię obiektywnie ocenić, który sposób interpretacji jest trafniejszy, a który pierścionek – to ten idealny. Rozczulają mnie domki z lat 70., bawi neonowy plastik, zachwycają delikatne ażury. Ale chyba najchętniej założyłabym na rękę Gropiusa. Albo Nauma Gabo.

GABO-22

Naum Gabo według “Bande des Quatres”