Archives for posts with tag: architektura

Blog leży i kwiczy, sumienie mnie gryzie, ale co robić, skoro rzeczywistość wymaga i angażuje. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że efekt pracy ostatnich kilku miesięcy jest również internetowy. I blogowy trochę też.

W marcu oficjalnie ruszył pierwszy internetowy przewodnik po wrocławskiej architekturze XX i XXI wieku, czyli Wroapp. Za pomysł i teksty odpowiada Fundacja Transformator (czyli Michał Duda, Karolina Jara i ja), za zdjęcia Jerzy Krzysztof Kos, a za oprawę graficzną – Marian Misiak. Pomysł powstał już parę lat temu i zakładał przygotowanie podręcznej książeczki, którą można wziąć na wycieczkę po mieście (w przeciwieństwie do już istniejących publikacji, z których każda waży po 5 kilo albo i więcej). W toku prac i dyskusji, już pod egidą Europejskiej Stolicy Kultury, stanęło na responsywnej stronie, która ma otwartą strukturę, sprzyjającą zmianom i aktualizacjom (ale nie ma obawy, nie pożegnaliśmy się jeszcze z wizją książki!).

Wroapp to po prostu skrót od: wrocławska architektura przed/po. Przed i po 1945, który to rok jest symbolicznym momentem przełomu i zmiany w historii miasta, radykalną cezurą i punktem zwrotnym, ale jednocześnie ten przełom skłania do przyjrzenia się całemu stuleciu, do poszukiwań wspólnych wątków i diametralnych różnic, a w architekturze pozwala uchwycić ciekawe analogie: niezależne od ustrojów i nacji próby nowoczesnych narracji, zatrzymania w pół drogi, eksperymenty i kompromisy, światowe plany i peryferyjne okoliczności.

Na początek wybraliśmy setkę budynków i osiedli, wśród których są realizacje znane i mniej znane, oczywiste i dyskusyjne, a często po prostu – rzadko zauważane (pod warstwami lat i brudu). Początek XX wieku, lata naste i 20., wciąż mało znany okres po 1933 roku, odbudowa i socrealizm, boom lat 60., osiedla na obrzeżach, nieco spóźniony postmodernizm i wreszcie współczesność, czyli ostatnie dwie dekady, które w dużej mierze wpłynęły na zmianę wizerunku niektórych części Wrocławia.

Ale nie chcieliśmy opowiadać tylko o formie i detalu – chcieliśmy pójść na spacer śladami wyobrażeń, które zweryfikowała rzeczywistość, zobaczyć znaki dawnych i współczesnych ambicji (lub ich przerostu), przypomnieć imiona i nazwiska, pokazać podwórka, zaplecza i niespodzianki. Dlatego wszystkie zdjęcia są kolorowe, bo nie da rady uciec przed chaosem czy zaniedbaniami, ale to też jest Wrocław, ze wszystkimi swoimi lukami, dosłownościami i łuszczącą się farbą (spod której widać niemieckie napisy).

_DSC0275_m

Dom Igloo (proj. Witold Lipiński, 1962-1963) http://wroapp.pl/obiekt/dom-igloo/

_DSC7073m

Biurowiec (proj. Hans Poelzig, 1911-1913) http://wroapp.pl/obiekt/prototyp-biurowca

Strona zawiera obiekty (ułożone losowo, jak mozaika), które można sortować po czasie powstania, funkcji i architektach. Można również wybrać trasę tematyczną, albo przygotować swoją własną. Jeszcze nie wszystkie obiekty są opublikowane, jeszcze nie wszystko działa idealnie, ale pracujemy nad tym – i czekamy na uwagi oraz opinie użytkowników, którym będzie się chciało odpalić wroapp na komputerze lub telefonie.

_DSC7602m

Apartamentowiec Thespian (proj. Maćków Pracownia Projektowa, 2008-2011) http://wroapp.pl/obiekt/apartamentowiec-thespian/

_DSC5943m

Budynek plombowy (proj. Wojciech Jarząbek, 1994-1996) http://wroapp.pl/obiekt/barwna-plomba/

Powyższe zdjęcia wykonał Jerzy Krzysztof Kos, na stronie jest ich oczywiście dużo więcej, część budynków ma całą dokumentację fotograficzną, a niektóre – po prostu zdjęcie poglądowe. W miarę możliwości będziemy też dodawać zdjęcia archiwalne, a smutne widoki zimowe zostaną podmienione na bardziej wiosenne. Czyli sporo jeszcze przed nami pracy, eksplorowania i pisania, ale już teraz bardzo zachęcam do odkrywania Wocławia z Wroapp, realnie albo wirtualnie: zwiedzajcie z nami nowoczesny Wrocław!

http://www.wroapp.pl

 

Przed_po_strona1

Projekt graficzny strony: Marian Misiak

I jeszcze zdjęcie pamiątkowe, z premiery w Barze Barbara, 9 marca 2017 roku.

fundacja_fot.N.Dobryszycka

Fundacja Transformator w komplecie: Karolina Jara, Michał Duda i Agata Gabiś, a w tle trasa pt. Wątki ceglane (fot. Natalia Dobryszycka)

 

/a jeśli kogoś w ogóle nie interesują takie historie, to zapowiadam, że wkrótce pojawią się nowe, poremontowe zdjęcia. I kolejna lampa. Howgh/

 

Od dawien dawna planowałam tę wycieczkę i jakoś nie mogłam się zmobilizować. Zmobilizował mnie wreszcie KSz, zakupił bilety pkp i zaklepał nocleg, nie pozostało więc nic innego, jak pojechać. Opole przywitało nas długim weekendem, własnym biegunem zimna oraz obchodami 800-lecia, a także betonową Nike na turze (bardziej Pocahontas na bizonie), światowym sznytem ulicy Kołłątaja, przeglądem szopek noworocznych i urokliwą pustką zaśnieżonego amfiteatru.

To są moje ulubione miasta: z posklejaną historią, którą można przeczytać w siatce ulic, w pęknięciach i nawarstwieniach, z kilkoma narracjami (przedwojenną, powojenną, współczesną, polską, niemiecką, śląską), z wieloma estetykami (barok i rokoko, nowoczesne międzywojnie, bezkompromisowe lata 30., odbudowa i budowa, powojenny modernizm, entuzjastyczne lata 90., stonowana współczesność).

Podczas tej wycieczki dopiero rozpoczęłam lekturę Opola –  niestety siarczysty mróz uniemożliwił dłuższe i dalsze spacery. Ale w rozpoznaniu miejsca bardzo przydatne okazały się wystawy w Muzeum Śląska Opolskiego, a także w jego kameralnym oddziale, czyli kamienicy przy ul. Św. Wojciecha (z wyposażonymi i zachowanymi wnętrzami kilku mieszkań). Natomiast wizyta w Muzeum Polskiej Piosenki, pełnego muzyki, filmów i zdjęć, poskutkowała całkiem poważną pamiątką, czyli własnym nagraniem o jakości całkiem profesjonalnej (po kilku nieudanych próbach zaśpiewania różnych ambitnych utworów stanęło na klasycznej pieśni miłosnej “O, Ela”).

img_0200

Widok nocny i hotelowy (TVP Opole prosi o pozostanie w domach z powodu mrozu)

img_0223

img_0215

Betonowy nawis dla taksówek (w Opolu lata 60. trzymają się mocno)

img_0255

Wiadomo (i można wejść na scenę)

img_0306

Moda i brise-soleil przy ul. Kościuszki

Z powodu problemów technicznych albo mrozu (lub jednego i drugiego) mój aparat wybrał kolorystykę filmów ORWO, dlatego też sporo zdjęć nie nadaje się do pokazania – są nastrojowe i bardzo różowe. Iluś zdjęć również nie zrobiłam z powodu aury oraz odmarzających palców: Mały Rynek jest zapewne uroczy, ale w nocy, pod warstwą śniegu trochę tego nie widać. Czyli trzeba będzie wrócić w okresie wiosenno-letnim, po prostu i z przyjemnością.

img_0241

img_0231

Opole w odcieniach ORWO

Wyprawa miała jednak jeden, konkretny cel i nie była nim realizacja zadania pt. “Zwiedzanie miast polskich w styczniu”. Celem była wystawa czeskiej i czechosłowackiej fotografii w Muzeum Śląska Opolskiego, a przy okazji nawiedziliśmy pozostałe ekspozycje. Kuratorami wystawy są Vladimír Birgus i Štěpánka Bieleszová, którzy wybrali zdjęcia fotografów znanych i mniej znanych: od abstrakcyjnych kompozycji z lat 20. po dokument lat 80. i współczesne eksperymenty. KSz najwnikliwiej oglądał zdjęcia swoich ulubieńców, czyli Kolářa i Štreita, a muzeum opuścił z albumem w plecaku (kolega M. – z dwoma). Wystawa trwa do 29 stycznia, warto zajrzeć. I do działu malarstwa również, demoniczny kot Krzyżanowskiego powinien nadal siedzieć na kanapie i ultramarynowym tle.

http://muzeum.opole.pl/?post_type=wystawy&p=13018

d2FjPTY2NngxLjY0ODUxNDg1MTQ4NTE=_src_8252-streit-foto_b.jpg

Fot. Jindřich Štreit (to zdjęcie też jest na wystawie)

Co jeszcze? Naleśniki nad Młynówką, ceramiczne okładziny urzędu wojewódzkiego, zimne ognie przy kolorowej fontannie, 6 króli pałaszujących obiad, schody i schodki, zbarokizowany gotyk, opolska Ceres, Stachura na bibliotece, okrągłe dworcowe stoliki, mosty i kładki, zagubiony Jonasz Kofta, życzliwość dla zmarzniętych turystów i oczywiście 80 minut opóźnienia pociągu powrotnego.

I sentymentalny filtr, przez który chyba zawsze będę patrzeć na to miasto:

We wrześniu rozpoczął się nowy remont, taki generalny i na serio, z burzeniem ścian, zmianą wszystkich kabli i rur, a nawet zmianą funkcji pomieszczeń. Niby nic nadzwyczajnego, plan gotowy, wszystko policzone i ustalone. Ale w tym “wszystko” mieści się cała gama światłocieni i obrazów z przeszłości, a konkretnie – ze wczesnoszkolnego dzieciństwa.

Znów mamy lata 80., osiedle niskich bloków z zielonymi podwórkami, balkony obrośnięte winoroślą i podobne przedpokoje obłożone boazerią. Do szkoły jest niedaleko, wraca się dużą grupą, a potem idzie się na obiad do losowo wybranego mieszkania – przecież wszędzie są znajomi sąsiedzi i znajome dzieci.

Znam te bloki od zawsze, pamiętam boazerię i zieleń, a najbardziej – serdeczność i rodzinność, które zostały w ścianach i pokojach, chociaż dziś prawie wszystko już się zmieniło: remont raczej nie stłumi dobrego klimatu, pomoże za to odzyskać jasną przestrzeń i trochę poprawi funkcjonalność całości. Ale światło się nie zmieni.

dscf1214

dscf1218

Archeologia remontowa

Ku zaskoczeniu wszystkich osób zaangażowanych w remont okazało się, że ściany w mieszkaniu mają li i jedynie 4 cm grubości. Są oczywiście betonowe, z wyraźną fakturą i ręcznie wymalowanymi na placu budowy numerami. Po demontażu kafli w kuchni (która będzie małą sypialnią) ukazały się warstwy zdecydowanych kolorów i ekspresjonistyczna kompozycja linii i plam – zostaną po niej pamiątkowe fotografie.

dscf1227

dscf1239

dscf1243

Przestrzał, beton i okładziny ścienne

Ciemnawy i długi przedpokój został skrócony i częściowo otwarty na duży pokój: demontaż boazerii nie tylko pozwolił odzyskać kilka centymetrów powierzchni, ale również odsłonił wcześniejsze warstwy tapet w roślinne wzory oraz inskrypcje z dawnych czasów, ręcznie wypisane bezpośrednio na ścianach.

dscf1254

dscf1257

Inskrypcje naścienne

Na tym etapie prac można po prostu dotknąć przeszłości, jest materialna i namacalna, lata 80. mają tu swoją fakturę i koloryt. Za chwilę znikną najpoważniejsze rysy i pęknięcia, pojawią się nowe detale i kolory, zmieni się (chociaż w sumie nieznacznie) układ całego mieszkania. Mam jednak nadzieję, że nadal – gdy tylko ktoś przekroczy próg – poczuje, że jest w domu.

dscf1271

Sztuka postkuchenna

/Dziękuję koleżance AKR za kontakt, propozycję remontową i możliwość powrotu do dawno nie odwiedzanych zakątków. Czuję, że to będzie miłe miejsce – przecież zawsze takie było!/

Zapisz

Podoba mi się: monumentalna, barwna Droga Krzyżowa z końca lat 60., w której sportretowani zostali mieszkańcy, astronauci i Ghandi; mały park z samotną kolumną i duży park ze wspomnieniem potańcówek; przejrzysta rzeka, idealna do brodzenia po kolana i do archeologicznych poszukiwań; Muzeum Regionalne ze skrzypiącymi podłogami i wspaniałymi sgraffitami na wyciągnięcie ręki; zaangażowanie napisów na murach; idealnie zachowane wnętrze neoromańskiego, małego kościoła; szukanie śladów i znaków pradziejów bliższych i dalszych; architektoniczny entuzjazm Karola; podwójna porcja naleśników w Barze Popularnym i wynajdywanie własnych ścieżek. Podoba mi się Chojnów.

IMG_0898

IMG_0066

Mury mówią w Chojnowie

Lipiec był miesiącem wzmożonej działalności integracyjno-zapoznawczej, prowadzonej pod egidą dolnośląskiej sekcji ESK 2016 i pod osłoną (dosłowną) pawilonu MoKaPP, który przez dwa tygodnie stał w chojnowskim (małym) parku. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się, co to za pawilon, jak wygląda, jak działa i gdzie się aktualnie znajduje, to zajrzyjcie tu:

https://www.facebook.com/pawilonmokapp

Biały pawilon początkowo wzbudzał pewną nieufność, a potem stał się drugim domem, miejscem spotkań, zabaw i warsztatów. I bazą wypadową dla spacerów, eksploracji i tropienia chojnowskiej historii – w efekcie tych poszukiwań powstała gra, dzięki której można w sposób aktywny zwiedzać miasto, a także szkic spacerownika, który bardzo dobitnie pokazuje, że jest co oglądać, dokąd pójść i czym się zainteresować.

IMG_0106

Żelbetowa wieża ciśnień

Na dobry początek wystarczy jeden dzień – dla bardziej wnikliwych dwa, a może nawet trzy (my obeszliśmy Chojnów w cztery dni, a i tak pozostało uczucie pewnego niedosytu). Bo zwiedzanie tego miasta, położonego między Legnicą i Lubinem, dawnej przemysłowej potęgi, po której zostały tylko opowieści, jest zagłębieniem się w historię miejsc zapomnianych i niebyłych, prześwitujących przez kolejne warstwy farby i ciszy. Chojnów to dolnośląski palimpsest, z oficjalną piastowską narracją, niemiecką tkanką, PRL-owskim sukcesem gospodarczym i współczesnym oczekiwaniem na zmianę.

W pierwszej chwili może się wydawać, że wystarczy tylko obejść (zbyt?) ogromny Rynek, obejrzeć dwa kościoły i jedną wieżę, wypić kompot w Barze Popularnym i pojechać dalej. Ale można zostać dłużej i zacząć się przyglądać śladom i wskazówkom, które zaprowadzą nas do dawnej synagogi (dziś to sala gimnastyczna), do Bractwa Strzeleckiego, na willowe przedmieście z przełomu wieków, na dworzec i do dziewczyny z warkoczem, do muzealnego lapidarium (gdzie okaże się, jak kiedyś wyglądała rynkowa fontanna) i wyżej, na cmentarne wzgórze, otoczone murem zrobionym ze starych, niemieckich nagrobków.

IMG_0910.JPG

IMG_0934

IMG_0906

IMG_0350

Dziewczęcy detal, synagoga, dworzec i Rynek

W Chojnowie jest wszystko: średniowieczne opowieści pomieszane z napoleońskimi legendami, historie rozlicznych pożarów i zniszczeń, rozmach końca XIX wieku, wątki kolejowe i fabryczne, rękawiczki eksportowane do USA, manierystyczne portale i ciągłe zaczynanie od nowa.

A wy rozpocznijcie swój spacer od placu Dworcowego, przy resztce fontanny jubileuszowej – warto mieć ze sobą jej stare zdjęcie, bo zlikwidowaną kolumnadę znajdziecie w zupełnie innym miejscu. Składajcie sobie przeszłość z teraźniejszością i bądźcie wyrozumiali dla tych, którzy wciąż i wciąż musieli odbudowywać to miasto. Po prostu – zwiedzajcie Chojnów!

12_fontanna_jub

IMG_0323

Chojnowski dworzec i fontanna jubileuszowa (oraz jej zachowane fragmenty)

Więcej zdjęć i ciekawostek znajdziecie tutaj:

https://chojnow.wordpress.com

Tymczasem MoKaPP przemieścił się już do Szczytnej, a we wrześniu będzie stacjonował w Nowej Rudzie. Zapraszamy!

IMG_0312

IMG_0305

Lato 2016 w MoKaPPie

[Zdjęcia: A. Gabiś]

/To jest spóźniony wpis urodzinowy, bo blog miał w sierpniu kolejną kolejną rocznicę –  i dlatego podoba mi się! /

Zapisz

Zapisz

Czy popołudnie może być zbyt błękitne? Ostatni miesiąc cały był lazurowy, w odcieniach niebieskiego i granatowego, w łagodnym, miękkim świetle. Barwy światła i nieba trzeba zachować pod powiekami, na zdjęciach zawsze okazują się nie takie, zbyt jasne albo zbyt oczywiste. Ale próbowałam – i przywiozłam z Rzymu zapas niebieskiego koloru, przyda się na później.

Moje pierwsze włoskie wakacje miały kilka wątków: architektonicznych, spacerowych, banalnych i towarzyskich. Wątek architektoniczny zgrabnie i mimochodem przeplatał się z filmowym, ścieżka wśród ruin prowadziła na pastwisko wesołych owiec, a najlepsze lody melonowe były codziennie na Isola Tiberina. Ale od miasta trzeba czasem uciec, kolor ochry i jaskrawa biel zaczynają męczyć – a niebo w nasyconym kolorze trwa spokojnie nad ulicami, ruinami, setkami turystów i dziesiątkami posągów. Azzurro, il pomeriggio è troppo azzurro e lungo per me…

IMG_6482
IMG_6550
IMG_6810
IMG_6831
IMG_6812
IMG_6525
IMG_6696
IMG_6808
IMG_6533
IMG_6653
IMG_6735
IMG_6816

IMG_6990
Niebo w roli głównej, a pod nim:

  1. Dworzec Termini
  2. Santa Maria in Ara coeli
  3. Palazzo della Civiltà Italiana (dzielnica EUR)
  4. Palazzo dei Congressi (również EUR)
  5. Jak nr 3
  6. Obelisk przed kościołem Trinità dei Monti (w remoncie)
  7. Plac przed bazyliką św. Piotra
  8. Jak nr 3 i 5
  9. Kwadryga na pomniku Wiktora Emanuela
  10. Gołąb na Piazza Navona
  11. Dzielna Anita Garibaldi
  12. Wiadomo
  13. Neon w MAXXI

A właściwie w roli głównej, zawsze i niezmiennie: Adriano Celentano

Przeglądanie starych gazet przynosi czasem niespodzianki oraz sprowadza czytelnika na manowce. Szczególnie, jeśli gazeta jest architektoniczna i trzeba w niej znaleźć jakiś artykuł o wrocławskich osiedlach, ale zamiast tego – znajduje się pierścionki. Osiedle też, ale to już mniej istotne.

Krótki tekst pierwszej damy polskiego wzornictwa, czyli Ireny Huml, ukazał się w trzecim numerze “Architektury” z 1979 roku. W tytule przymiotnik “architektoniczna”, określający prezentowaną biżuterię Tomasza Zaremskiego, ujęto w cudzysłów. Dlaczego? Być może dlatego, że dość trudno jednoznacznie stwierdzić, co to właściwie znaczy – czy to biżuteria nawiązująca do architektury i konkretnych budynków? Czy może przestrzenna? Albo wymagająca starannych obliczeń i pomiarów?

Zaremski wybrał drogę prostych skojarzeń, odwołał się do malarskich przedstawień małych miasteczek, z kamieniczkami, murami i wieżyczkami. Na srebrnych obręczach pierścionków i bransolet wyrosły miniweduty, staromiejska zabudowa i bajkowe domki.

IMG_4781

Domki Tomasza Zaremskiego

Te “przedmioty sztuki” mają w sobie sporo uroku i romantyzmu, w tamtych latach były “przekroczeniem granicy biżuterii”, ale chyba też oddolnym protestem przeciw wielkiej skali i powtarzalności ówczesnej architektury.

Fikcyjne budynki Zaremskiego wciąż można oglądać w galeriach i na wystawach, w różnych odsłonach i zdobieniach. Pojawiły się na wystawie srebra w Legnicy, bazującej na kolekcji Ireny Huml i obejmującej wiele dzieł powojennej, polskiej sztuki jubilerskiej (a tym właśnie prac rodziny Zaremskich):

http://www.amber.com.pl/polecamy/item/1421-bizuteria-uratowana-z-kolekcji-prof-ireny-huml

zaremskiTomek-Zaremski

Starsze i nowsze domki Tomasza Zaremskiego

Traktuję je trochę jak świadectwo epoki, w której poszukiwano nowych/starych form i nawiązań do tradycji, ale też ceniono rzemiosło i ręczne wykonanie, dzięki czemu drobny przedmiot nabierał charakteru, zyskiwał status unikatu i sprawiał, że jego właściciel stawał się również właścicielem wyjątkowego mikrokosmosu. Obecnie podobne pierścionki są wycinane laserowo albo drukowane w 3D, pozorują autentyczność, ale nie ma w nich czasu i namysłu, który zawsze trzeba dać biżuterii.

Irena Huml w 1979 roku napisała, że “architektura w sposób bezpośredni nie stanowi na ogół inspiracji dla miniaturowego świata form biżuteryjnych”. Na ogół może nie, ale na przestrzeni stuleci co jakiś czas pojawiały się mniej lub bardziej finezyjne odwołania do architektury. Obecnie coraz częściej spotkam się z biżuterią, która na różnych poziomach, od naśladownictwa po konstrukcję, odwołuje się do architektonicznych skojarzeń.

Lubię wynajdywać te tropy, czasem są dość oczywiste, a czasem bardzo subtelne. A że z biżuterii w pierwszej kolejności frapują mnie pierścionki, a potem bransolety – to ten przegląd jest zupełnie nieobiektywny, nielogiczny i niepraktyczny. Ale za to różnorodny.

Można na przykład po prostu wziąć narzędzia, potrzebne w pracowni i na budowie, i na tej bazie stworzyć pierścionki – tak właśnie zrobił Diego Delgado Elias.

Architects-Jewellery-by-Diego-Delgado-Elias_dezeen_468_1

Architects-Jewellery-by-Diego-Delgado-Elias_dezeen_468_2

Architects-Jewellery-by-Diego-Delgado-Elias_dezeen_468_0

Pierścionki od/dla architekta (proj. DD Elias)

Miniaturowa poziomica (jakże praktyczna!), miarki, suwmiarki, brakuje tylko rapitografu. A wszystko srebrne i w sumie delikatne:

http://www.diegodelgadoelias.com/joyas#2

Inspiracją może być sam kolor poziomicy, a poszukiwanie trójwymiaru daje czasem efekty spektakularne i wielobarwne. Lisa Watson opracowała całkiem realną opcję zbudowania biżuteryjnego miasta.

lisa_watson3

lisa_watson1

lisa_watson2

lisa4

Neonowe klocki Lisy Watson

Biżuteria wielofunkcyjna i konstrukcyjna, a do tego obłędnie kolorowa, pop-artowska, postmodernistyczna i plastikowa:

http://showtime.arts.ac.uk/LisaWatson

Alternatywą dla feerii barw i form są projekty mniej dosłowne, bazujące na skojarzeniach i subtelnych nawiązaniach. “Bande des Quatres” tworzą biżuterię minimalistyczną i wyważoną, a poszczególne egzemplarze opisują nazwiskami architektów. Moją ulubioną kolekcją zdecydowanie jest “Bauhaus”, będący hołdem dla artystów z lat 20.

Gropius

Gropius

Kandinsky

Kandinsky

Vanderrohe

Van der Rohe

gunta

Bauhaus na dłoni (Gunta Stolzl)

Druga kolekcja, nazwana po prostu “Architekci”, obejmuje pierścionki i bransoletki nawiązujące do twórczości Tadao Ando, Daniela Libeskinda czy Zahy Hadid. I tak jak oni jest trochę przegadana – słabość mam tylko do Niemeyera i Nouvela (jak zwykle).

Niemeyer_med

Niemeyer

Nouvel_med

Nouvel

Kanadyjczycy z “Bande des Quatres” świetnie radzą sobie z utrzymaniem równowagi między inspiracją a oryginalną formą. Czytelny język tej biżuterii jest rozpoznawalny i frapujący. A kolekcja się rozrasta:

http://bandedesquatres.com/

Od dosłowności można odejść jeszcze dalej, w kierunku lekkich konstrukcji i przestrzennych obiektów. Być może trudno minimalistyczne prace Japonki Mariko Sumioka nosić na co dzień, ale łatwo dostrzec w nich potrzebę wytyczenia granic mikroświata, opisania płaszczyzny i bryły.

mariko2

japonia1

Konstrukty Mariko Sumioka

Artystka eksperymentuje z różnymi materiałami, tworzy z nich biżuteryjne instalacje, do noszenia i oglądania. Seria Yojo-han jest najdelikatniejsza i jednocześnie chyba najbardziej wyrazista:

http://www.marikosumioka.com/#!untitled/c1pi9

Czy istnieje kompromis między dość dosłownymi domkami i przestrzennymi konstrukcjami? Czy architektoniczna biżuteria jest do noszenia czy raczej do oglądania i podziwiania? Bardziej służy jej cytat czy sugestia? Można mnożyć pytania, szczególnie po obejrzeniu tych skrajnych przykładów, i nadal nie będzie wiadomo, co właściwie znaczy przymiotnik “architektoniczna”, pojawiający się przy bardzo odmiennych przedmiotach. Nie potrafię obiektywnie ocenić, który sposób interpretacji jest trafniejszy, a który pierścionek – to ten idealny. Rozczulają mnie domki z lat 70., bawi neonowy plastik, zachwycają delikatne ażury. Ale chyba najchętniej założyłabym na rękę Gropiusa. Albo Nauma Gabo.

GABO-22

Naum Gabo według “Bande des Quatres”

Niby sezon wakacyjno-urlopowy zakończony, ale czas na wycieczkę krajoznawczą zawsze się znajdzie. Wrześniowo-deszczowo udałam się na Górny Śląsk, odwiedzić znajomych oraz stare i nowe kąty. Bardziej nowe, bo kiedy ostatnio byłam w Katowicach to dworzec główny jeszcze stał. Dziś już zupełnie nie stoi.

Za każdym razem zadziwia mnie, zachwyca i nieco onieśmiela skala tego miasta – amerykańska, samochodowa, trochę Niemeyerowska i brasilijska. Do tego: oazy XIX-wiecznych uliczek, manifesty polskiego modernizmu z międzywojnia, tajemnicze zakamarki (np. z sycylijskim fast-foodem), najnowsza architektura na poziomie wszechświatowym (szczególnie nowe Muzeum Śląskie i rozbudowa Akademii Muzycznej), międzyplanetarne centrum z niby-rynkiem oraz Spodkiem, dużo zieleni i retro-tramwajów. Istotne jest również to, że w czasie takich wycieczek można spełnić marzenie życia, czyli przejechać się odnowionym wyciągiem krzesełkowym, poruszającym się nad płaskim terenem (wiem, wiem, ta Elka to nie to samo, co tamta stara). Niby już Chorzów, ale jeszcze Katowice – Park Śląski jest zjawiskiem samym w sobie, konglomeratem cudów i zjawisk, kwietników w formie łabędzi, betonowych rzeźb i świątyń dumania. Oraz smaczków w sam raz dla historyków sztuki – brama, prowadząca do tamtejszego ZOO i wzorowana na wersalskiej, to pozostałość nieistniejącego pałacu w Świerklańcu.

IMG_3979

Katowickie gwiazdy

IMG_4003

Nowa/stara Elka w Parku Śląskim (i Pelikany)

Czyli jedno marzenie zostało spełnione właściwie bez opuszczania Katowic, natomiast drugie spełniło się przy okazji, dzięki pomysłowi M., która pokazywała mi blaski i cienie Katowic, i który to pomysł entuzjastycznie podchwyciłam. Wystarczyło wsiąść do pociągu na stacji Katowice-Ligota i 20 minut później wysiąść w zupełnie innym świecie, czyli w Tychach.

IMG_4119

Początek Nowych Tychów

Miasto, o którego rozbudowie zdecydowano w 1950 roku, pozostaje nieco w cieniu krakowskiej Nowej Huty, mimo że u podstaw znalazły się podobne założenia: stworzenie infrastruktury mieszkaniowej dla robotników oraz manifestu socrealistycznej urbanistyki i architektury, w kontrze do przedwojennych (czytaj: kapitalistycznych) tradycji. Dlaczego zatem Tychy są mniej znane niż Huta? Może dlatego, że ten manifest jest dość kameralny, o ludzkiej skali i przyjaznych proporcjach. Zadbali o to generalni projektanci Kazimierz Wejchert i Hanna Adamczewska (później Adamczewska-Wejchert, bo widocznie w parze raźniej się przez tyle lat projektuje jedno miasto). Pierwsze było osiedle A, w 1951 zaprojektowane jeszcze w Gliwicach (potem prace przeniesiono do Warszawy i w końcu do Tychów). Osiowe założenie, z centralnym placem, domem kultury i arkadami wymyślił Tadeusz Teodorowicz-Todorowski, wrocławianom znany chociażby z monumentalnych koncepcji dla pl. Grunwaldzkiego (tych wrocławskich tropów jest zresztą w Tychach więcej). Żeby nieco złagodzić surowość brył postanowiono wprowadzić detal i swoistą identyfikację wizualną: na osiedlu znajdziemy rzeźby i sgraffita (z górnikami, robotnikami i młodzieżą ucząca się) oraz kolorowe plakiety nad drzwiami wejściowymi (słonie, żółwie, myszy, a nawet upiorne dzieciątka). Łatwo je znaleźć, bardzo pomocne są tablice informacyjne z mapkami i wytyczonym szlakiem, który prowadzi przez całe miasto.

IMG_4145

Górnik na osiedlu A

IMG_4131

IMG_4126

Identyfikacja wizualna osiedla A

Kawałek dalej, na osiedlu B, jest już nieco inaczej – mniej osiowych układów, a więcej krętych uliczek. Schodki, murki, domy z mansardami, klimat małego miasteczka, zresztą z własnym rynkiem, przy którym stoją kamieniczki, ze szczytami zwieńczonymi wysokimi latarniami. Pomimo opadu spacerowałyśmy po tej części z przyjemnością, zaglądając w podwórka oraz do cukierni i obserwując mieszkańców, którzy chętnie wypoczywają na świeżym powietrzu. Spacer po Tychach jest spacerem przez historię polskiej architektury drugiej połowy XX wieku – za osiedlem B, gdzieś w okolicach ulicy Cyganerii, zabudowa zaczyna się rozluźniać, zanika socrealistyczny ład, pojawia się więcej zieleni, a nawet pierwsze punktowce. To już kolejny etap budowy, w 1955 powstała pracownia “Miastoprojekt Nowe Tychy” i architekci zaczęli na miejscu opracowywać kolejne plany – przejście od założeń socrealistycznych do modernistycznych, spod znaku Karty Ateńskiej, odbywało się dość płynnie, na bazie kolejnych modyfikacji pierwotnych założeń. Część B, ukończona w 1959 roku, nosi znaki tej przejściowej fazy, a kolejne części (C, D, E) są już na wskroś nowoczesne, chociaż oferujące podobną infrastrukturę (szkoły, przedszkola, sklepy).

Spacerując po mieście miałam w pamięci czarno-białe zdjęcia z publikacji wydanych w latach 60. Były na nich niskie bloki o przeszklonych klatkach schodowych niczym z Bauhausu, jakaś szkoła i klub robotniczy. Okazało się, że idąc od osiedla A, przyglądając się budynkom i rejestrując zmiany szerokości ulic, trafiłyśmy niemal bezbłędnie tam, gdzie zaczynała się kolejna część Tychów, nieco skandynawska w swym wyrazie, zlokalizowana w okolicy ul. Elfów. Czyli po prostu osiedle E, zaprojektowane przez Karola Wójcika, Stanisława Rewersa, Kazimierza Wejcherta i Karola Fojcika. Na wejściu przywitało nas ekspresyjne, łupinowe zadaszenie Technikum Budowlanego, wykonane (jeśli wierzyć archiwalnym zdjęciom) metodą raczej rzemieślniczą.

IMG_4210

Technikum Budowlane jesienią

Po drugiej ulicy, niedaleko technikum Czyżewskich i Włodarczykowej, znajduje się dawny klub górniczy, obecnie częściowo opuszczony, ze sklepem Monopolka i kebabem na parterze. Mocna bryła, rytmicznie podzielona betonowymi żyletkami, akcentuje narożnik ulic przełamaniem pierwszego piętra i szklaną klatką schodową z metalowymi schodami o wiszącej konstrukcji. Wejść się nie da, a życzliwy przechodzień odradził nam wynajmowanie pustego lokalu, bo to miejsce ma pecha i wszyscy plajtują. Nie mam zamiaru robić w Tychach biznesów, ale ten pawilon darzę szczególnym sentymentem z powodu wrocławskich konotacji – zaprojektował go Marek Dziekoński, autor między innymi siedziby Panoramy Racławickiej.

IMG_4323

Marek Dziekoński w Tychach

Dziekoński pracował w Tychach kilka lat – w połowie lat 60. zaprojektował również zespół biurowców Zakładu Elektroniki Górniczej, ze strefą wejściową udekorowaną przestrzenną mozaiką autorstwa niezawodnego Franciszka Wyleżucha.

IMG_4168

IMG_4169

IMG_4174

Biurowce ZEG, czyli Dziekoński i Wyleżuch

Pawilon i szkoła zapowiadają osiedle E – a nazwa głównej ulicy w pewnym sensie charakteryzuje ideę tej części miasta. Ulica jest Elfów, więc okolica musi być urocza, zielona i zalesiona. I jest. Jest również punktowo stermomodernizowana (na wesoło, oczywiście), całościowo wyłożona kostką betonową i sprzyjająca libacjom na murkach, ale to są tak zwane detale. Bo najważniejsze, że udało się stworzyć przestrzeń, która ma idealną, ludzką skalę i klimat podmiejskiej dzielnicy, zabudowanej niskimi budynkami, otoczonymi ogrodami i pasami zieleni. Ulica Elfów to kręgosłup tej małej, polskiej Finlandii, od niej odchodzą boczne uliczki, a na jej końcu znajduje się niespodzianka.

IMG_4217

IMG_4222

IMG_4224

Okolice ulicy Elfów (trochę padało)

W tej części Tychów chyba najlepiej widać, jak dobrze Wejchertowie orientowali się w zachodnioeuropejskich tendencjach – jest to jedno z najlepszych osiągnięć polskiej urbanistyki pierwszej połowy lat 60., pokazujące, jak mogłyby wyglądać nasze miasta, gdyby nie pośpiech, normatywy i masowa produkcja. Bo Tychy były specyficznym laboratorium urbanistyki drugiej połowy XX wieku, w którym można było wypróbować niemal wszystkie metody i rozwiązania. Część z nich się sprawdziła, część – zawiodła. Ale rejon Elfów należy do grupy fenomenów przestrzennych, i to nie tylko PRL, ale Polski w ogóle. I pewnie dlatego III Liceum Ogólnokształcące przy ul. Elfów 62 miało takie szczęście.

IMG_4261

IMG_4233

IMG_4311

III LO po remoncie

Mianowicie w Tychach zdarzył się cud. Budynek z lat 60., autorstwa Zdzisława Łojewskiego, poddano gruntownemu remontowi w 2011 roku. Projekt przygotowało biuro RS+ Roberta Skitka (przy współpracy Jakuba Zygmunta i Szymona Borczyka): pracę poprzedziły konsultacje z autorem (rzecz w naszym kraju niespotykana), postanowiono starannie odnowić modernistyczną bryłę, zachować charakterystyczne podziały elewacji, a także detale we wnętrzu (przede wszystkim mozaikę Franciszka Wyleżucha). Zastosowano nowe materiały i wprowadzono kolory, które podkreślają charakterem obiektu. Po prostu – jest minimalistycznie, mondrianowsko, graficznie i z szacunkiem dla przeszłości. A do tego porządnie, pogodnie, skromnie i harmonijnie. Więc niech nikogo nie dziwi fakt, że szkoła otrzymała I nagrodę w plebiscycie “Architektura Roku Województwa Śląskiego 2013”.

Trafiłyśmy tam w deszczowe popołudnie, w środku tygodnia i od razu spotkało nas życzliwe przyjęcie (pomimo tego, że podeptałyśmy świeżo wymytą podłogę). Energiczna pani dyrektor dała nam wolną rękę, przykazała zapalić światła przy mozaice i oddaliła się do przygotowywania wywiadówek. Więc zajrzałyśmy, gdzie się dało.

IMG_4239

Mozaika Wyleżucha i wystawa okolicznościowa

Szkoła należy do tych z gatunku przyjaznych: ma szerokie, jasne korytarze i dobrze doświetlone klasy, zgrupowane w modułach i dostępne przez odrębne klatki schodowe. Na dziedzińcu jest rowerownia, a w niszach okiennych można usiąść (jako że jestem absolwentką liceum, w którym na przerwach siedziało się na podłodze, tym bardziej doceniam takie rozwiązania). Autorzy tego remontu podkreślili atuty przestrzeni, zróżnicowali poszczególne moduły przez wprowadzenie kilku kolorów i zaimplementowali całkiem nowy system identyfikacji wizualnej, czytelny i plastycznie bardzo trafny.

IMG_4245

IMG_4264

IMG_4259

Schody i napisy

Jak to się mogło udać? Być może dlatego, że Tychy są miastem dwudziestowiecznym, o którego tożsamości stanowi przede wszystkim powojenna architektura i to ona jest elementem definiującym charakter miejsca. Świadomość tej spuścizny i wyraźny lokalny patriotyzm przyczyniły się do sukcesu przedsięwzięcia, w którym przecież, obok architektów, brali udział również miejscy urzędnicy i nauczyciele.

IMG_4305

Trójkąty i kwadraty

Tyski przykład pokazuje, że można kulturalnie modernizować powojenny modernizm i że zaniedbana baza z lat 60. jest świetnym punktem wyjścia dla stworzenia miejsca nowoczesnego, funkcjonalnego i architektonicznie intrygującego. Trzeba o tym przykładzie pamiętać, jeśli znów ktoś będzie mówił, że brudne, szare, PRL-owskie i że wyburzyć.

Skończyłyśmy naszą wycieczkę na części F, Bramę Słońca widziałyśmy tylko z okien trolejbusu (to było z kolei spełnienie jednego z marzeń M.), a Piramidę – na zdjęciu. Bo lekcja architektury nie kończy się w Tychach na latach 60., do obejrzenia są kolejne osiedla, kościoły oraz budynki z lat 2000. Zostawiam je sobie na następne odwiedziny, mając w pamięci pogodne dialogi z przechodniami, a w zanadrzu – internetowy przewodnik po mieście, pod znaczącym tytułem “Od socrealizmu do postmodernizmu. Unikatowe NOWE Tychy”:

http://www.unikatowetychy.pl/images/przewodnik.pdf

IMG_4149

Wszyscy razem – do Tychów!