Podoba mi się: monumentalna Droga Krzyżowa z końca lat 60., w której sportretowani zostali mieszkańcy, astronauci i Ghandi; mały park z samotną kolumną i duży park ze wspomnieniem potańcówek; przejrzysta rzeka, idealna do brodzenia po kolana i do archeologicznych poszukiwań; Muzeum Regionalne ze skrzypiącymi podłogami i wspaniałymi sgraffitami na wyciągnięcie ręki; zaangażowanie napisów na murach; idealnie zachowane wnętrze neoromańskiego, małego kościoła; szukanie śladów i znaków pradziejów bliższych i dalszych; architektoniczny entuzjazm Karola; podwójna porcja naleśników w Barze Popularnym i wynajdywanie własnych ścieżek. Podoba mi się Chojnów.

IMG_0898

IMG_0066

Mury mówią w Chojnowie

Lipiec był miesiącem wzmożonej działalności integracyjno-zapoznawczej, prowadzonej pod egidą dolnośląskiej sekcji ESK 2016 i pod osłoną (dosłowną) pawilonu MoKaPP, który przez dwa tygodnie stał w chojnowskim (małym) parku. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się, co to za pawilon, jak wygląda, jak działa i gdzie się aktualnie znajduje, to zajrzyjcie tu:

https://www.facebook.com/pawilonmokapp

Biały pawilon początkowo wzbudzał pewną nieufność, a potem stał się drugim domem, miejscem spotkań, zabaw i warsztatów. I bazą wypadową dla spacerów, eksploracji i tropienia chojnowskiej historii – w efekcie tych poszukiwań powstała gra, dzięki której można w sposób aktywny zwiedzać miasto, a także szkic spacerownika, który bardzo dobitnie pokazuje, że jest co oglądać, dokąd pójść i czym się zainteresować.

IMG_0106

Żelbetowa wieża ciśnień

Na dobry początek wystarczy jeden dzień – dla bardziej wnikliwych dwa, a może nawet trzy (my obeszliśmy Chojnów w cztery dni, a i tak pozostało uczucie pewnego niedosytu). Bo zwiedzanie tego miasta, położonego między Legnicą i Lubinem, dawnej przemysłowej potęgi, po której zostały tylko opowieści, jest zagłębieniem się w opowieść o miejscach zapomnianych i niebyłych, prześwitujących przez kolejne warstwy farby i ciszy. Chojnów to dolnośląski palimpsest, z oficjalną piastowską narracją, niemiecką tkanką, PRL-owskim sukcesem gospodarczym i współczesnym oczekiwaniem na zmianę.

W pierwszej chwili może się wydawać, że wystarczy tylko obejść (zbyt?) ogromny Rynek, obejrzeć dwa kościoły i jedną wieżę, wypić kompot w Barze Popularnym i pojechać dalej. Ale można zostać dłużej i zacząć się przyglądać śladom i wskazówkom, które zaprowadzą nas do dawnej synagogi (dziś to sala gimnastyczna), do Bractwa Strzeleckiego, na willowe przedmieście z przełomu wieków, na dworzec i do dziewczyny z warkoczem, do muzealnego lapidarium (gdzie okaże się, jak kiedyś wyglądała rynkowa fontanna) i wyżej, na cmentarne wzgórze, otoczone murem zrobionym ze starych, niemieckich nagrobków.

IMG_0910.JPG

IMG_0934

IMG_0906

IMG_0350

Dziewczęcy detal, synagoga, dworzec i Rynek

W Chojnowie jest wszystko: średniowieczne opowieści pomieszane z napoleońskimi legendami, historie rozlicznych pożarów i zniszczeń, rozmach końca XIX wieku, wątki kolejowe i fabryczne, rękawiczki eksportowane do USA, manierystyczne portale i ciągłe zaczynanie od nowa.

A wy rozpocznijcie swój spacer od placu Dworcowego, przy resztce fontanny jubileuszowej – warto mieć ze sobą jej stare zdjęcie, bo zlikwidowaną kolumnadę znajdziecie w zupełnie innym miejscu. Składajcie sobie przeszłość z teraźniejszością i bądźcie wyrozumiali dla tych, którzy wciąż i wciąż musieli odbudowywać to miasto. Po prostu – zwiedzajcie Chojnów!

12_fontanna_jub

IMG_0323

Chojnowski dworzec i fontanna jubileuszowa (oraz jej zachowane fragmenty)

Więcej zdjęć i ciekawostek znajdziecie tutaj:

https://chojnow.wordpress.com

Tymczasem MoKaPP przemieścił się już do Szczytnej, a we wrześniu będzie stacjonował w Nowej Rudzie. Zapraszamy!

IMG_0312

IMG_0305

Lato 2016 w MoKaPPie

/To jest spóźniony wpis urodzinowy, bo blog miał w sierpniu kolejną kolejną rocznicę –  i dlatego podoba mi się! /

Zapisz

Czerwiec nie skłaniał do pisania, a lipiec właśnie się kończy. Był pełen miejsc, opowieści, poszukiwań i aktywności kulturalno-rozrywkowych. Oraz pracy, która wyprowadziła mnie poza Wrocław, ucieszyła i zmęczyła, i jest tematem na osobny wpis, który szkicuję sobie w głowie od kilku dni. Ale zanim zacznę i zbiorę w całość chojnowską układankę (tak, tak, zwiedzajcie Dolny Śląsk!), to zakończę lipiec feerią barw, z przewagą odcieni szklanych, złotych i świetlistych.

DSCF7002

Kolor totalny – fragment czeskiej (czechosłowackiej) patery

Już się wydawało, że w tym miesiącu na giełdę nie pójdziemy, bo papierologia, siedzenie przy komputerze i takie tam. Szczęśliwym trafem moje ulubione forum zażądało nowości (“Pani, a co tam na starociach? Bom ciekawa nowych okazów”), a KSz słusznie zauważył, że jest weekend i można się udać pod Iglicę. Krótka wycieczka, dla rozpoznania sytuacji.

Rozpoznawaliśmy ją całkiem intensywnie i dogłębnie, pewnie dlatego, że pogoda była idealna, a ludzkość ogólnie w nastrojach przyjacielskich – co poskutkowało długimi dyskusjami o urodzie (nieoczywistej, jak dla mnie) szkła uranowego, o kalekich (oczywiście szklanych) łabędziach i kolorystycznych preferencjach Polaków w latach 80. (wszyscy chcieli rubinowe wazony, to mieli).

Efekt? Obłędna, wielka, czeska patera, a właściwie feeria barw, oscylująca wokół różu i pomarańczu z kroplą niebieskości, zamknięta w masie przejrzystego szkła. Organiczna i rzeźbiarska forma, nieregularna, nieco wydłużona, z podniesionymi krawędziami i zgrubieniami na końcach. Ze wstępnego rozeznania wynika, że to Borocrystal (dzięki, Ann-Mary!), więc byłby to już drugi okaz z tej huty w naszej kolekcji. Paterę wypatrzył KSz, i tym samym chyba oficjalnie należy uznać go już nie za Konesera Szrotów, ale za Konesera Szkła. Niech i tak będzie, ważne, że zbiory się powiększają o takie spektakularne egzemplarze.

DSCF7003

patera

DSCF7013

Duet polsko-czeski na parapecie

Nowy nabytek potrzebuje dużo światła, więc wylądował na parapecie, w sąsiedztwie ceramicznego pucharu oraz wysokiego, miodowego wazonu, który zakupiłam na poprzedniej giełdzie (pomimo braku przekonania ze strony KSz). To polskie szkło, lata 70. albo 80., z wyraźnym wpływem Horbowego: ustawiony wśród czerwonych kieliszków nie był zbyt zachęcający, jednak po umyciu i odpowiedniej ekspozycji odzyskał blask i urodę. A teraz, w tym zestawie, to już w ogóle kwitnie.

Zakupy nie skończyły się na spektakularnej paterze – do mieszkania pod Różowym Królikiem przybył spod Iglicy szmaragdowy miniwazonik (paterka?) z Zeleznego Brodu (zapewne projektu M. Klingera). Kolor ma wysycony i mocny, formę również nieco organiczną, i już odnalazł swoje miejsce wśród różowości w małym pokoju.

DSCF7009

Szmaragdowy drobiazg (ZBS)

Czechosłowacki monopol przełamany został absolutnie niepotrzebnym, uroczym oraz niewielkim świecznikiem: to produkt niemiecki, VEB ILM-KRISTALL, kolor jasny, ciut oliwkowy, szlif wyrazisty, przejrzystość zacna. Miał zostać na tym stoisku, obok krzywego łabędzia? Nie został i jeszcze znalazł miejsce obok swego krajana (na półce stoi już kobaltowy wazon tej samej produkcji).

DSCF7011

Niemiecki świecznik (jeszcze z metką)

Szklane powierzchnie odbijają światło, przestrzeń wokół wibruje kolorami, a ja zauważam u siebie postępujące uzależnienie od tych przedmiotów: mogę przez kilkanaście minut siedzieć i patrzeć, jak słońce załamuje się w krawędziach wazonów i jak zmieniają się odcienie i barwy (to w sumie może też być efekt nie posiadania telewizora, hm). Wyszukuję ulubione tonacje kolorystyczne nie tylko w paterach – często noszę bransoletkę z bursztynów i muranowskiego szkła, która cała się mieni i świeci. Dokładam do niej jeszcze trochę złota i mleczną perłę, i wtedy mam wakacje. I trochę tęsknię za rzymskim światłem.

DSCF7030m

Wielobarwne tło i pierścionki oczywiście od http://www.yuvel.pl

Zapisz

Zapisz

Czerwiec nie skłania do pisania. Bardziej interesujące okazują się plenery, tereny zielone, słońce i wszystkie poboczne aktywności. Niektóre z takich działań stają się coraz ważniejsze i ciekawsze, i zajmują coraz więcej czasu i przestrzeni. Mogę do nich na pewno zaliczyć wszystkie tematy biżuteryjne i fotograficzne, oscylujące wokół srebra i złota: miniony miesiąc był bardzo yuvelowy, co mnie cieszy niezmiernie i zaostrza apetyt na więcej.

Przy okazji robienia zdjęć nowej serii naszyjników (geometryczne formy i delikatne łańcuszki) wyciągnęłam z podręcznego magazynku wzornictwa lat 60. emaliowaną tackę, wyprodukowaną przez hutę w Rybniku. Do kompletu jest jeszcze cukiernica i mlecznik, wszystko czarne, połyskliwe, udekorowane złotymi, abstrakcyjnymi znakami i czekające od dawna na swoje pięć minut, które właśnie nadeszło. Duet zadziałał bezbłędnie, obiecuję sobie, że do tego stylowego tła jeszcze wrócę.

IMG_0049

IMG_0007

IMG_0018

Srebrne naszyjniki od http://yuvel.pl/

Dla nowych projektów sprawdzają się różne tła, oprócz czarnej emalii i lnu także biel, po prostu i dla wyrazistej faktury srebra. Geometrii przybywa, kolejny naszyjnik gotowy i graniastosłupowy:

IMG_0113

Graniastosłup i geometryczny łańcuszek od http://yuvel.pl/

W ciągu ubiegłego miesiąca miałyśmy też przyjemność wykonać kilka zleceń na zamówienie, dla miłych znajomych i nieznajomych. Mam nadzieję, że będzie im z tą biżuterią dobrze i pogodnie na co dzień i od święta. Na przykład z tymi srebrnymi, matowymi obrączkami:

IMG_0015

IMG_0013

IMG_0067

Srebrne obrączki dla niej i dla niego od http://yuvel.pl/

Oczywiście świat nie kończy się na Yuvel i biżuterii, chociaż to coraz ważniejsza część mojej rzeczywistości. Ale – szykuje się nowy remont (na który bardzo się cieszę, bo ma w sobie pierwiastek sentymentalnej podróży w przeszłość oraz urok odnowionych kontaktów towarzyskich), a pod Różowym Królikiem pojawiają się kolejne detale (mniej lub bardziej prozaiczne). Epokowym wydarzeniem okazał się montaż kratki wentylacyjnej: białej, ceramicznej, dziurkowanej. Następne już na pewno będą listwy!

DSCF5005

DSCF5002

Mała rzecz, a cieszy (i dziura nad lodówką zniknęła)

Kolekcja szkła, zamiast powiększyć się o nowy wazon, powiększyła się o absolutnie niepotrzebny, ale urodziwy (oraz przeceniony) świecznik Toma Dixona. Złoci się i świeci, wieczorami szczególnie.

DSCF7005

Mała rzecz, a świeci (szkło i reszta)

Za kilka dni minie rok od wprowadzenia się do nowego/starego mieszkania. Nadal mnie to jakoś dziwi i zaskakuje. I cieszy, w bardzo konkretnych momentach, takich jak wtedy, kiedy mogę pójść do ogrodu i narwać piwonii. Z tej kępy kwiatów, która “od zawsze” rośnie pod płotem, i z której “od zawsze” ktoś zabierał kilka pąków i układał z nich bukiet. W tym roku bukiet był rozwichrzony, pachnący i bladoróżowy. I mój.

IMG_0091

IMG_0088

Piwonie i popielniczka Bohemia

/Niezmiennie zachęcam do zaglądania na stronę http://yuvel.pl/

i na fb https://www.facebook.com/yuvelbizuteria/

A ceramiczne kratki można nabyć tutaj: http://gappy.pl/

Zapisz

Im więcej było wokół wiosny, światła i zieloności, tym wyraźniej odczuwałam przesyt wzorami i kolorami w najbliższym otoczeniu. Oranże, fiolety i pejzaże, ładujące akumulatory w zimowe popołudnia, stały się nieco męczące oraz trochę opatrzone – trzeba było zatem coś zmienić. Kierunek nowych poszukiwań był dość precyzyjny: niech to będzie faktura i linia, dużo bieli i graficznego rozedrgania. I niech będzie przeciwwagą dla szklanej feerii barw oraz realistycznej przyczepy.

Poszukiwania rozpoczęłam trochę losowo, szybko się jednak okazało, że krążę wokół  jednego kierunku, a nawet – wokół jednej artystki. Grafiki Anny Łabuz oglądałam już jakiś czas temu (przy okazji meblowania zupełnie innego mieszkania), potem znów na nie trafiłam (za sprawą tarnowskich wydarzeń kulturalnych) i wreszcie znalazłam stronę z jej portfolio, i wtedy już całkowicie zagłębiłam się w graficzne meandry. A jak się zagłębiłam, to zrozumiałam, że właśnie tego potrzebuje teraz nasze rozjaśnione mieszkanie – abstrakcji, nawiasu, wyraźnego konturu. Był jednak poważny dylemat, bo trzeba się było zdecydować na którąś  pracę. A właściwie na jedną z dwóch.

06_moj2

05_moj

Anna Łabuz “Przepływ”/”W czasie i poza czasem” (akwaforta, akwatinta)

Dyskusje z KSz trwały kilka dni, on obstawiał dynamiczny “Przepływ”, a ja ciemniejszą i bardziej statyczną kompozycję z cyklu “W czasie i poza czasem”. W końcu został osiągnięty kompromis, bo po kontakcie z Anną Łabuz okazało się, że właśnie te grafiki są do obejrzenia i kupienia, i do tego we Wrocławiu. Umówiłyśmy się, obejrzałam, zakupiłam. Obie.

Nie mogło być inaczej: ten miks akwatinty i akwaforty, aksamitna faktura papieru, kilka odcieni czerni (która wcale nie jest jednolicie czarna, ale oscyluje momentami między granatem, zielenią a turkusem), zestawienia rozedrganych linii i zdecydowanych płaszczyzn mają w sobie subtelnie wykreśloną przestrzeń i wyciszoną energię, która trwa pod białą powierzchnią. To abstrakcje malownicze i ekspresyjne, rozpostarte między mrokiem a światłem, narracyjne i hipnotyzujące, o wspólnym, wyrazistym języku.

03_untitled

02_architecture

01_hanging

Grafiki Anny Łabuz / http://www.coroflot.com/A_nouk/Imprints

Przez chwilę trwały przymiarki, ostatecznie rocznicowy prezent dla KSz zawisł w pokoju dziennym, a chmura czerni powędrowała do sypialni. Najpierw wisiały na klamerkach, ale system nie do końca się sprawdził, więc bardzo nieelegancko oprawiłam jedną z grafik w ramę wypełnioną zwykłym szkłem. I chociaż wiem, że to nieprofesjonalne i że szyba powinna być antyrefleksyjna (kiedyś będzie!), to cieszą mnie odbicia świata, przepływające przez czarne kontury. Wtedy tego świata (i światła) jest jakoś więcej.

DSCF1080

DSCF1070

DSCF1084

DSCF1162

DSCF1158

“Przepływ” na swoim miejscu

Po drugiej stronie pokoju zmiana miała miejsce już nieco wcześniej, bo również postanowiłam wyciszyć poprzednią kompozycję: wymieniłam plakaty (kolejny, bardziej graficzny Lapicque ujrzał światło dzienne) i dodałam skromny talerzyk, który publicznie nie był jeszcze prezentowany (dyskretna, ceramiczna Łysa Góra). Takie są efekty nieposiadania telewizora, po prostu trzeba od czasu do czasu zmienić zestaw dekoracji, na które często się patrzy.

DSCF1033

DSCF1034

DSCF1029

DSCF1027

Łysa Góra i Lapicque, czyli kolejna odsłona ściany muzycznej

W sypialni na razie zrezygnowałam z ramy, nie chcę zamykać za szkłem tej sensualnej powierzchni i niebieskawych niuansów czerni. Talerze z Chodzieży już nie są samotne, przyczepa zyskała kontrapunkt, a nasycona detalem sypialnia stała się miejscem właściwie poza czasem.

DSCF1088

DSCF1086

DSCF1090

Graficzna sypialnia (w odcieniach turkusu)

Jak już kiedyś wspominałam na blogowych łamach, nie umiem fachowo pisać o obrazach (i grafikach też), i nie będę tu nikogo raczyć analizami i interpretacjami prac Anny Łabuz. Po prostu  weszłam w tę przestrzeń, zanurzyłam się w czarno-białe meandry, a teraz mam na wyciągniecie ręki i bliskość spojrzenia własny fragment przepływu i czasu.

Szukajcie swojej sztuki i przy okazji przejrzyjcie też całe portfolio Ani, której życzę powrotu do pracowni i nowego, graficznego otwarcia. Trzymam kciuki i chętnie zaglądam tutaj:

http://www.coroflot.com/a_nouk

/Oczywiście wiem, że słońce szkodzi sztuce – zasłonę odsłoniłam tylko do zdjęć/

 

Są takie momenty i działania, które zostają w pamięci i później (a nawet dużo później) wracają w nieco zmienionej postaci, ale wciąż mają w sobie odprysk tamtej radości i beztroski. Jednym z takich ważnych motywów mojej nastoletniości były koraliki: szklane, ceramiczne, drewniane, nawlekane na żyłki, druciki, rzemyki, przeplatane i przerabiane, układane w długie naszyjniki, wielokolorowe bransoletki albo lekkie kolczyki. Na studiach doszłam do sporej rzemieślniczej sprawności i nawet sprzedawałam te moje produkcje w kilku miejscach (dlatego nadal z dużym sentymentem myślę o galerii MBWA w Lesznie i o hipotetycznych klientkach tejże galerii).

Ale najważniejszy w procesie koralikowym był fakt, że nie był to proces samotniczy – bo byłyśmy dwie. A we dwie można nawlekać przez całą noc, słuchać pogodnie psychodelicznej muzyki, opowiadać, słuchać i zaklinać rzeczywistość. Co nie jest w sumie takie trudne w obliczu muranowskiego szkła, bursztynów lub futrzanych kulek (bywały i takie korale). Warsztat rozkładany był na podłodze albo na stole, w Polsce lub za zachodnią granicą, czasem był tylko wirtualny, czasem telefoniczny, a czasem ograniczał się do wymiany co ciekawszymi egzemplarzami, i nawet jeśli któraś miała przestój, brak chęci lub możliwości, to temat zawsze był gdzieś w tle.

Już jakiś czas temu pochowałam w szkatułkach ulubione koralikowe bransoletki i właściwie mogłabym uznać, że przygoda się skończyła i jedyne, co teraz mogę zrobić, to powspominać sobie z A. nasze wielogodzinne nawlekania. Ale tego nie zrobię, bo właśnie zaczęło się zupełnie nowe przedsięwzięcie, które mimo tego, że jest nowe i inne, to ma w sobie urok i energię dawnego wymyślania i układania – i nie jest samotnicze, tylko pozytywnie kolektywne.

Pomysł był A., jej są projekty i nadzór nad całym procesem produkcji. Ja wspieram, robię zdjęcia, konsultuję oraz (a może przede wszystkim?) używam. Czyli noszę biżuterię od Yuvel.

IMG_7310

IMG_7271

Srebrna bransoletka ze złotym kółkiem (projekt: Yuvel)

To biżuteria robiona ręcznie (i na zamówienie), szlachetna, minimalistyczna, czasem delikatna, czasem trochę surowa, do noszenia na każdą okazję i bez okazji. Lubię ciężar tych bransoletek, lubię okrągły przekrój pierścionków i obrączek, lubię różne faktury srebra i odcienie złota. I to, że można podywagować, pozmieniać, wymyślić, i mieć coś zupełnie własnego i wyjątkowego. Jak na przykład mój ulubiony trójkątny kolczyk z oksydowanego srebra, jeden, bo kolczyki noszę zawsze asymetrycznie.

IMG_7616

IMG_0535

IMG_7104

Kolczyki złote i srebrne (projekt: Yuvel)

Przymiarki do zaprezentowania gotowej biżuterii trwały już od jakiegoś czasu, równolegle prowadzone były szeroko zakrojone konsultacje społecznie dotyczące nazwy, hasła, logo oraz strony i w międzyczasie fotografowałam kolejne egzemplarze na kolejnych tłach (mam teraz w mieszkaniu komplet desek, płytę chodnikową oraz niezawodny, lniany obrus).

IMG_6110

IMG_7583

IMG_7302

Bransoletka na lnie, pierścionek na granicie i obrączki na sklejce (projekt: Yuvel)

Od zawsze byłam sceptycznie nastawiona do złota, że takie żółte, świecące i oficjalne. Ale A. przekonała mnie, że dzięki sensownej obróbce i dobrej znajomości cech materiału złoto może nabrać charakteru, skomponować się z wieloma kolorami i stać się świetną oprawą dla kamieni (dla jasnego akwamarynu, dla zielonego turmalinu i dla poważnych brylantów).

IMG_7443

03

IMG_6133

Złote pierścionki: akwamaryn, turmalin, brylant (projekt: Yuvel)

IMG_6087

IMG_6069

Złote obrączki (projekt: Yuvel)

Wszystkie moje zdjęcia, wraz z opisami, znalazły się na stronie, którą przygotował KSz, wykazujący się podczas całego procesu dużą cierpliwością i nawet pewnym zaangażowaniem (za co oczywiście jestem wdzięczna). Strona została opatrzona hasłem “Piękno elementarne”, które właściwie mówi wszystko, podobnie jak bezpośrednio łączy się z biżuterią sama nazwa przedsięwzięcia, czyli Yuvel: jak klejnot, jak radość i lekkość. Ale dla mnie, tak prywatnie, to coś  jeszcze – to Yuva. Czyli młodość.

IMG_0304

Matowe złoto i ciemne drewno (czyli fragment bransoletki od Yuvel)

Do tego sentymentalnego wpisu dołączam namiary na stronę i logo Yuvel – w imieniu swoim oraz A. serdecznie zapraszam do odwiedzania, oglądania i zamawiania!

http://www.yuvel.pl

yvel-white

ps 1 Yuva znaczy młodość oczywiście w hindi.

ps 2 Dziękuję wszystkim przyjaciołom i znajomym za konsultacje, a redaktorowi za najlepsze, chociaż niestety niedocenione, hasło.

ps 3 I oczywiście, last but not least, dziękuję A., że nadal chce ze mną nawlekać te koraliki.

Rozproszenie wiosenne powoduje pewne zastoje, zamyślenia i rozbawienia, co jednak nie przeszkadza w planowym zazielenianiu okolicy. Prace ziemne w ogrodzie zostały rozpoczęte, widocznych efektów na razie brak, i tylko KSz wie, ile korzeni oraz lian umie naprodukować czarny bez wraz z przyległościami. W marcu zainaugurowałam akcję “przygarnij roślinę”, co poskutkowało zasadzeniem minikrzaczków, z których ma powstać żywopłot. Nastąpi to (o ile w ogóle) za jakieś 20 lat, ale satysfakcja z powodu uratowania podwiędłych okazów z supermarketowych otchłani wzmocniła moje morale i przyczyniła się do zainicjowania kolejnych działań: nasadzeń balkonowych oraz rozsadzeń ogrodowych.

Nie mam pojęcia, czy posiadam tzw. “rękę do roślin”, nie wiem, co wyrośnie z rozlicznych cebulek i patyków, starannie zasadzonych we frontowym ogródku i czy w ogóle obsiewanie niczyich nieużytków (bo taki w sumie status ma ten ogródek) ma jakikolwiek sens. Wiem natomiast, że lubię w ziemi pogrzebać, pobyć na świeżym powietrzu i podyskutować z sąsiadami. Zaskoczyła mnie ilość interakcji, jakie wzbudza człowiek kopiący w rabacie – ludzkość zagaja, podpytuje, zwierza się i życzy powodzenia. Stojąc oczywiście w bezpiecznej odległości, co by się ziemią nie uwalać. Pamiętajcie – jak coś zasiejecie, to musicie splunąć na szczęście, wtedy na pewno urośnie.

Po wykopaniu chwastów i dziwnych korzeni mamy teraz miejsce na sadzenie drzew, takich prawdziwych, co będą rosły długo i zapewne wszystkich nas przeżyją. Wbrew popularnej ostatnio opinii, że drzewa to tylko problem, bo zacieniają i brudzą, będę je sadzić gdzie się tylko da – szczególnie, że wizja nowej drogi pod oknami staje się coraz realniejsza. Na razie zasadzony został klon, który przez cały rok rósł w donicy, a na tyły domu powędrował choinkobadylek, grzecznie czekający na swoją kolej od Bożego Narodzenia (życzę mu szczęścia w nowym miejscu, ale nie wygląda niestety zbyt przekonująco…).

W lokalu pojawiły się (i znikły) dekoracje okolicznościowe, układane z elementów żywych oraz mniej. Kilka dni temu był chłód, deszcz i nieśmiałe cebulki, a dziś regularne słońce i roślinność zdecydowanie bardziej ożywiona.

DSCF9343

DSCF9363

DSCF9351

DSCF9418

DSCF9417

Kompozycje wielkanocne…

DSCF1019

…oraz egzotyczne (ale nadal bez listew przypodłogowych)

Balkon wymaga szeroko zakrojonych prac wykończeniowych (malowanie, parapety, czyszczenie podłogi i 28 innych spraw), dlatego teraz lepiej skupić się na detalu oraz zawartości skrzynek. Są już zioła, byliny i niezapominajki, pojawiły się pszczoły, zniknął udekorowany badylek (i klon). Wewnętrzne ogródki powoli wracają do życia, już kiełkują piwonie.

DSCF9391

DSCF9389

DSCF9393

DSCF9386

DSCF9392

DSCF9397

DSCF9398

Widoki balkonowe i osiedlowe

Wiosna udzieliła się również roślinności łazienkowej: nad oknem powstał kwietnik złożony z pręta zbrojeniowego oraz doniczek, których zawartość rozwija się nad wyraz sprawnie – niedługo powstanie bardzo praktyczna, zielona firanka (dziękuję J. i B. za podarowany kwiat, jak widać ma się świetnie). Natomiast w kuchni roślinność zmienia się rotacyjnie, od ziół po cebulę ze szczypiorem, ale również pietruszka posiada pewien walor dekoracyjny.

DSCF9405

DSCF9408

DSCF9403

Zieleń we wnętrzach

Trzeba jeszcze pomyśleć o trawniku, uporządkowaniu grządek i hałd chrustu oraz o innych ważnych sprawach, także w lokalu mieszkalnym (samych nudnych i praktycznych). Dla równowagi – sprowadziłam do kuchni kolejną lampę (która dogaduje się lodówką) i wymyślam nowe zadania, które nawarstwiają się na te starsze i średnio nowe. Najlepiej wymyśla się na balkonie, ze słońcem świecącym prosto w oczy i z mądrą, przyrodniczą piosenką w tle:

https://www.youtube.com/watch?v=Bl6JsG3xY9o

DSCF9423

Bazie i pingwiny

Trochę zielono, trochę miętowo, coraz bardziej wiosennie, ale nadal bez kratki wentylacyjnej oraz listew przypodłogowych. Tak się rysuje sytuacja na froncie prac kuchennych oraz w narożniku: do lokalu Pod Różowym Królikiem przybyła lodówka, przyobiecana jeszcze w ubiegłym roku (za prezent dziękuję rodzinnym fundatorom!).

Świeci się, buczy, jest na swoim miejscu, a w kuchni robi się coraz bardziej retro i różnobarwnie (chociaż nadmiar turkusu muszę chyba zneutralizować czernią, bo ile można). Koteczek z okazji nowej lokalizacji zaprzestał machać rączką, a lampa Mayday zawisła na gazowej rurze, w zastępstwie gwiazdy świątecznej oraz oświetlenia podszafkowego, którego nadal nie ma (i tak szczęśliwie przetrzymaliśmy zimę, teraz będzie przecież coraz jaśniej).

DSCF9332

DSCF9333

DSCF9341

DSCF9337

DSCF9335

Koteczek i kwadraty

W obliczu eksponatu, jakim jest miętowy Smeg, muszę przyznać, że lokal został umajony niemalże maksymalnie i należałoby się teraz zająć tematami mniej przyjemnymi oraz średnio efektownymi wizualnie: listwami, zabudową rur, osłonami kaloryferów itd. Po ośmiu miesiącach od zamieszkania trzeba się w końcu tym zająć, ale przedtem chciałabym jeszcze posiać maciejkę i pachnący groszek, znaleźć zielony wazon, czarny piekarnik oraz lokalny koloryt.

DSCF9313

Miejsce na talerz…

 

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.