Po prostu – regulowana, biurkowa lampa. Przedmiot, który łączy w sobie pomysłowość i wiedzę techniczną, zagadnienia konstrukcyjne i estetyczne, a także trudny do zdefiniowania urok. Przedmiot, o którego wymyśleniu marzą wszyscy projektanci.Tak w każdym razie twierdzi Deyan Sudjic w swojej książce “Język rzeczy”: krzesło i regulowana lampka to archetypy wzornictwa, ewoluujące w XX wieku od sprzętów użytkowych do symboli o rozbudowanych konotacjach, czytelnych w detalu, barwie i materiale.

Sudjic porównuje dwie lampy z ruchomym ramieniem – mają one wspólny, funkcjonalny punkt wyjścia, ale ich autorzy wybrali odmiennie drogi projektowania. Brytyjska Anglepoise Georga Carwardine’a z 1932 roku to jedna z pierwszych lamp kreślarskich o dwóch ramionach: jest praktyczna, solidna, dość ciężka, z widocznymi elementami konstrukcji (sprężyny, kabel, podstawa). Za jej rewers, powstały 40 lat później, można uznać Tizio Richarda Sappera, zaprojektowaną dla Artemide. To obiekt przemyślany w każdym calu i minimalizujący nadmiar elementów: ma ukryty transformator, niewidoczne kable i wizualnie lekką, niemal ażurową strukturę. Do tego lampa wyposażona została w halogenową żarówkę, co w latach 70. było technologiczną sensacją.

tizio1

Celowość i precyzja http://richardsapperdesign.com/products/1970-1980/tizio

tizio-35-table-lamp-by-richard-sapper-from-artemide-lightingyliving

Richard Sapper i jego lampy http://www.yliving.com/blog/remebering-richard-sapper/

Tizio szybko stała się symbolem nowoczesności, chętnie używanym przez architektów lub przez “nieco ponad normę dbającego o styl naukowca”. Oddziałuje bezkompromisową formą i kontrastem barw – matowa czerń została dekoracyjnie spointowana kroplą czerwieni na przegubach i we włączniku. Według Sudijca inspiracją dla takiego zestawienia była czarna sylwetka (z czerwoną kropką przy spuście) pistoletu Walther PPK, wynalezionego w latach 20. i chętnie używanego przez Jamesa Bonda.

dl15rst01_f

tizio_35_image572321-900x900

http://www.artemide.it

Od 1972 roku Tizio doczekała się kilku wersji kolorystycznych (w łagodniejszym wydaniu, czyli w bieli i w szarościach), kilku wielkości i nowego, ledowego źródła światła. W międzyczasie pojawiła się na wielu biurkach i stołach, także na dużym ekranie. Kosmiczna, dynamiczna i czarna lampa z przyszłości w serialu Catacombs

spratm1970

http://catacombs.space1999.net/main/cguide/furn/umftizio.html

…i białe tło dla spotkań Jamesa Bonda w Moonraker.

tizio-lamp-richard-sapper-moonraker-1969

http://gyngzl-interiors.blogspot.com/2009/05/her-nekadar-endustri-tasarm-kavramnn.html

Czarna sylwetka działa nie tylko w biurach, pracowniach i filmach, wygodnie używa jej się również w mniej oczywistych okolicznościach, na przykład w sypialni, gdzie potrzebny jest skupiony strumień światła i łatwość poruszania ramionami.

tizio2

Sypialnia minimalistyczna http://www.bungalux.com/bungalusts/tizio-lamp

Przymierzałam się do tego zakupu od dawna, szukałam okazji i powodu, doszłam do słusznego wniosku, że przecież nie mam porządnej biurkowej lampki. No i teraz mam – Tizio w sypialni.

dscf3024

Tizio w sypialni (w tle grafika Anny Łabuz)

Żadne zdjęcie ani opis nie jest jednak w stanie oddać płynnego, logicznego i precyzyjnego ruchu tej lampy. Jeśli ktoś jest ciekaw działania Tizio (i porównania z innym włoskim klasykiem) polecam film z lampami i projektantami w rolach głównych:

Polecam również książkę Sudjica, o przedmiotach, symbolach i wzornictwie. I jego podsumowanie tematu lamp biurkowych: “Pejzaż domowy można mierzyć archetypami dizajnu: od wolno stojącego domu jednorodzinnego po stół, krzesło i talerz. Regulowana lampka biurkowa dołączyła do nich, może nie jako niezbędny artefakt o pierwszorzędnym znaczeniu w życiu codziennym, ale z pewnością jako zasługujący na uwagę element drugiego planu”.

/Cytaty z książki: Deyan Sudjic, Język rzeczy, Kraków 2013/

Zapisz

Od dawien dawna planowałam tę wycieczkę i jakoś nie mogłam się zmobilizować. Zmobilizował mnie wreszcie KSz, zakupił bilety pkp i zaklepał nocleg, nie pozostało więc nic innego, jak pojechać. Opole przywitało nas długim weekendem, własnym biegunem zimna oraz obchodami 800-lecia, a także betonową Nike na turze (bardziej Pocahontas na bizonie), światowym sznytem ulicy Kołłątaja, przeglądem szopek noworocznych i urokliwą pustką zaśnieżonego amfiteatru.

To są moje ulubione miasta: z posklejaną historią, którą można przeczytać w siatce ulic, w pęknięciach i nawarstwieniach, z kilkoma narracjami (przedwojenną, powojenną, współczesną, polską, niemiecką, śląską), z wieloma estetykami (barok i rokoko, nowoczesne międzywojnie, bezkompromisowe lata 30., odbudowa i budowa, powojenny modernizm, entuzjastyczne lata 90., stonowana współczesność).

Podczas tej wycieczki dopiero rozpoczęłam lekturę Opola –  niestety siarczysty mróz uniemożliwił dłuższe i dalsze spacery. Ale w rozpoznaniu miejsca bardzo przydatne okazały się wystawy w Muzeum Śląska Opolskiego, a także w jego kameralnym oddziale, czyli kamienicy przy ul. Św. Wojciecha (z wyposażonymi i zachowanymi wnętrzami kilku mieszkań). Natomiast wizyta w Muzeum Polskiej Piosenki, pełnego muzyki, filmów i zdjęć, poskutkowała całkiem poważną pamiątką, czyli własnym nagraniem o jakości całkiem profesjonalnej (po kilku nieudanych próbach zaśpiewania różnych ambitnych utworów stanęło na klasycznej pieśni miłosnej “O, Ela”).

img_0200

Widok nocny i hotelowy (TVP Opole prosi o pozostanie w domach z powodu mrozu)

img_0223

img_0215

Betonowy nawis dla taksówek (w Opolu lata 60. trzymają się mocno)

img_0255

Wiadomo (i można wejść na scenę)

img_0306

Moda i brise-soleil przy ul. Kościuszki

Z powodu problemów technicznych albo mrozu (lub jednego i drugiego) mój aparat wybrał kolorystykę filmów ORWO, dlatego też sporo zdjęć nie nadaje się do pokazania – są nastrojowe i bardzo różowe. Iluś zdjęć również nie zrobiłam z powodu aury oraz odmarzających palców: Mały Rynek jest zapewne uroczy, ale w nocy, pod warstwą śniegu trochę tego nie widać. Czyli trzeba będzie wrócić w okresie wiosenno-letnim, po prostu i z przyjemnością.

img_0241

img_0231

Opole w odcieniach ORWO

Wyprawa miała jednak jeden, konkretny cel i nie była nim realizacja zadania pt. “Zwiedzanie miast polskich w styczniu”. Celem była wystawa czeskiej i czechosłowackiej fotografii w Muzeum Śląska Opolskiego, a przy okazji nawiedziliśmy pozostałe ekspozycje. Kuratorami wystawy są Vladimír Birgus i Štěpánka Bieleszová, którzy wybrali zdjęcia fotografów znanych i mniej znanych: od abstrakcyjnych kompozycji z lat 20. po dokument lat 80. i współczesne eksperymenty. KSz najwnikliwiej oglądał zdjęcia swoich ulubieńców, czyli Kolářa i Štreita, a muzeum opuścił z albumem w plecaku (kolega M. – z dwoma). Wystawa trwa do 29 stycznia, warto zajrzeć. I do działu malarstwa również, demoniczny kot Krzyżanowskiego powinien nadal siedzieć na kanapie i ultramarynowym tle.

http://muzeum.opole.pl/?post_type=wystawy&p=13018

d2FjPTY2NngxLjY0ODUxNDg1MTQ4NTE=_src_8252-streit-foto_b.jpg

Fot. Jindřich Štreit (to zdjęcie też jest na wystawie)

Co jeszcze? Naleśniki nad Młynówką, ceramiczne okładziny urzędu wojewódzkiego, zimne ognie przy kolorowej fontannie, 6 króli pałaszujących obiad, schody i schodki, zbarokizowany gotyk, opolska Ceres, Stachura na bibliotece, okrągłe dworcowe stoliki, mosty i kładki, zagubiony Jonasz Kofta, życzliwość dla zmarzniętych turystów i oczywiście 80 minut opóźnienia pociągu powrotnego.

I sentymentalny filtr, przez który chyba zawsze będę patrzeć na to miasto:

Ogólne zamglenie i zaciemnienie powinno może wzbudzić większą chęć na udekorowanie lokalu gwiazdkami, aniołkami i choinkami z bibuły, ale jakoś nie wzbudza, szczególnie, że akurat jeśli chodzi o dekoracje okolicznościowe, to staram się je minimalizować i ograniczać do świeczek i zielonych gałęzi (okraszonych ewentualnie jakąś psychodeliczną bombką). Jednak brak reniferów i girland nie oznacza pustki czy poczucia braku, ponieważ wystawka szklana wciąż się rozwija i wzbogaca o nowe okazy.  I mimo tego, że niebawem zabraknie miejsca na regałach (boję się o tym myśleć…), to nowy nabytek bez problemu odnalazł się wśród czesko-niemieckiego towarzystwa, a nawet zaanektował sporą część wystawkowej przestrzeni. Nie mogło być inaczej, bo to solidny, ciężki i piękny prostopadłościan z Murano.

dscf5039

dscf5044

Nowe Murano w kolekcji

Nie za bardzo wiadomo, jak właściwie nazwać te kilka kilogramów szkła: misa, waza, pojemnik? Mogłaby to być popielniczka, ale nie ma rowków na papierosy (a zdarzają się takie egzemplarze). W pewnym sensie to kolekcjonerski ideał: funkcja nieznana, forma zdecydowana (blok szkła ze ściętymi narożnikami i wydrążoną częścią środkową), zestaw kolorów zjawiskowy (chłodny błękit, ciepła ochra, ciemna oberżyna). Kupiliśmy ten ideał (z niewielkimi rysami) na październikowej giełdzie staroci – transakcję poprzedziło krążenie wokół stoiska, wzdychanie, obliczanie wspólnego budżetu i dyskutowanie z panem sprzedawcą, który docenił nasze zaangażowanie oraz wiedzę, co miało swoje odzwierciedlenie w miłym finale transakcji.

Szklana cegła, w której KSz widzi odblask op-artu i malarstwa Marka Rothko, utwierdziła nas w przekonaniu, że jeśli włoskie szkło, to Murano, a jeśli Murano – to fasetowane (czyli ostro cięte, z wyraźnymi krawędziami i płaszczyznami). W naszej kolekcji szkła lat 50. i 60. przeważają czeskie wazony (organiczne i barwne), natomiast wszystkie trzy (na razie!) egzemplarze muranowskiego szkła mają właśnie takie zdecydowane formy i po trzy kolory, układające się w oddzielne warstwy.

Pierwszy był zielony wazon, kupiony parę lat temu na Gnieźnieńskiej, w towarzystwie MD, który wspierał ten wybór i ułatwił decyzję (sam nabył szklaną głowę Elvisa, bodajże).

DSCF5022.JPG

dscf5025

Pierwszy muranowski wazon

Potem przez dłuższy czas nic się nie działo, na scenie pojawili się Czesi i zaanektowali wystawkę. Do czasu – w ubiegłym roku przywieźliśmy z Rzymu suwenir w postaci wieloboku o nieokreślonej do końca funkcji (prawie popielniczka, ale nie całkiem). Dużą przyjemnością było szperanie we włoskich starociach, a jeszcze większą wynalezienie tego okazu w niepokojących kolorach (blady róż, neonowa żółć, głęboki rubin) oraz przeszmuglowanie go w bagażu podręcznym…

dscf5010

Prawie popielniczka

Kolory dopełniają się lub powtarzają, bryły są dość zróżnicowane, być może jest to jedna manufaktura, ale niestety nie wiem tego na pewno, bo nie zachowały się firmowe naklejki. Szkło, produkowane na wyspie Murano w pobliżu Wenecji, powstawało i powstaje w kilku manufakturach, wzory się powtarzają, kolorystyka również. Czasem znajdziecie w opisie wazonu nazwę np. Mandruzzato albo Seguso, i to nie będzie typ naczynia, ale nazwa fabryki, gdzie dane naczynie (figurka, naszyjnik, żyrandol) powstał. Często przy szkle powojennym pojawia się też określenie sommerso – to technika, która pozwala na stosowanie kilku kolorów szkła w taki sposób, żeby się ze sobą nie zlewały i które była bardzo popularna w latach 50. i 60. XX wieku. Stąd te nasze okazy możemy włączyć do grupy szkła sommerso, przypuszczalnie produkowanego przez Mandruzzato, natomiast trudno jest dokładnie określić ich projektanta.

Tu więcej sommerso:

http://www.20thcenturyglass.com/glass_encyclopedia/murano_glass/other_glass/muranosommerso_home.htm

Tu więcej fasetowanego szkła z Murano:

http://www.20thcenturyglass.com/glass_encyclopedia/murano_glass/other_glass/muranofaceted_home.htm

dscf5033

Trio z Murano

Gdyby ktoś z Was chciał nabyć szkło tego typu, niech nie da się zwieść sprzedawcom, którzy w sumie o każdym wazonie są w stanie powiedzieć, że: “pani, to najprawdziwsze Murano!”. Przyjrzyjcie się krawędziom i wykończeniu podstawy, które jest delikatne i gładkie, a narożniki są lekko uniesione do góry. Bo jeśli chodzi o formy, to były powtarzane i modyfikowane, podobne znajdziecie wśród produkcji niemieckiej i czechosłowackiej – tylko z sommerso Włosi radzili sobie najlepiej (chyba nawet jest to zastrzeżona receptura).

Oczywiście te nasze okazy nie są jakieś wyjątkowe (no, może oprócz pięknej cegły), w muranowskich hutach powstało (i powstaje do dziś) cała masa szklanej galanterii. Duża jej część przepada w mrokach niepamięci (oraz szaf i kredensów), są jednak egzemplarze, które się nie starzeją i nazwiska, które wpisały się w historię światowego wzornictwa, jak np. Flavio Poli i jego świetliste, barwne kompozycje (mam cichą nadzieję, że kiedyś pojawi się kolekcji).

flavio-poli-03-665x627

Wazon projektu Flavio Poli

Więcej o nim i jego szkle można poczytać (i pooglądać!) tu:

http://www.italianways.com/the-magic-of-flavio-polis-submerged-glass/

Jest coś takiego w tych kolorach i w przejrzystości szklanej masy, że mimowolnie zastanawiamy się, jak w ogóle jest możliwe wykonanie takiej bryły i jej warstw. Żeby łatwiej wyobrazić sobie proces powstawania – obejrzyjcie krótki film o historii Murano w ogóle i o wydmuchiwaniu szkła w szczególe:

dscf5046

dscf5054

Murano w roli głównej

Moja znajomość z Murano nie zaczęła się od wazonów, ale od koralików, nawlekanych cierpliwie w licealnych czasach: szklane kule z zatopionymi złotymi i srebrnymi foliami przywoziła z Włoch koleżanka A., i dzięki temu mogłam się zapoznać z muranowską feerią barw w mikroskali. Jakiś czas później, też dzięki A., zobaczyłam na żywo szklane żyrandole udekorowane kwiatami, listkami oraz koralikami, i długo nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia (bo to nieprawdopodobny miks kiczu i rzemieślniczej wirtuozerii – fascynujący proces produkcji lampy możecie zobaczyć na filmie z linku powyżej).

Produkcja szkła obejmuje poważne zlecenia (kandelabry, lustra, wazy), ale także drobne, dekoracyjne gadżety, takie jak figurki (które mnie jakoś w ogóle nie interesują) oraz cukierki, do których słabość mam szczególnie wtedy, kiedy mogę je poukładać na szklanych paterach. Nie są sygnowane ani spektakularne, ale są urocze. I szklane.

dscf9010

dscf9005

dscf9013

Muranowskie słodkości (z pozdrowieniami dla A.!)

/Nie mam zwyczaju wymyślania noworocznych postanowień, ale patrząc na te szkła i kolory (oraz na smętną zawiesinę za oknem) mam ochotę zaplanować wycieczkę do Wenecji, Murano i muzeum szkła: http://museovetro.visitmuve.it/

 

To miał być wpis o szkle. Ale nie będzie. Od miesiąca czekam na słońce, żeby sfotografować nowe Murano, które pojawiło się w domowej kolekcji – niestety, całodzienna listopadowa noc uniemożliwia zrobienie jakichkolwiek sensownych zdjęć. Szkło potrzebuje światła, światła brak, więc nie pozostaje mi nic innego, jak pogrążyć się w przestrzeniach wirtualnych, w poszukiwaniu jasności i, coraz częściej, zdecydowanych kolorów.

Poszukiwania koloru mają też swoje prozaiczne podłoże, czyli remont mieszkania w bloku z lat 80., który wszedł już w fazę decydującą i można zacząć deliberować o proporcjach, odcieniach i tonacjach. Oczywiście w niewielkiej skali (bo lokal niewielki), ale to może nawet trudniejsze, niż w większej, kamienicznej przestrzeni. Baza będzie biała, ale wnęki i fragmenty ścian wymagają rozegrania kolorystycznego; muszę też przyznać, że trochę jestem zmęczona  wszechobecnym scandi, udekorowanym zestawem takich samych graficznych bibelotów, modnym i kopiowanym dość bezrefleksyjnie. A przecież na świecie jest tyle zjawiskowych kolorów, które można łączyć i dzielić, budować zestawy i kompozycje, dodawać i odejmować. Byleby tylko nie był to intensywny odcień oranżu połączony z budyniowym żółtym (chociaż nie wykluczam, że gdzieś istnieje lokal, który udźwignie i to połączenie).

W skali mikro poszukiwania koloru kończą się zakupem psychodelicznych dodatków, w tym niepokojącej poduszki w równie niepokojące wzory floralne. Poprawiła mi humor i odblokowała ochotę na nieoczywiste połączenia wzorów i barw.

dscf3001

dscf3011

dscf3024

Psychodeliczna tkanina na jesień

Podczas wyszukiwania opcji kolorystycznych popadłyśmy z A. w petrole i niebieskości (nic nowego), ale również w trawiaste zielenie, subtelne khaki, pudrowe róże. Nie skończyło się na zestawie pięknych zdjęć – konieczna była wycieczka po próbniki do sklepu, w którym można znaleźć każdy kolor, jaki Wam tylko przyjdzie do głowy. Mowa oczywiście o farbach Benjamin Moore (nie, to nie jest post sponsorowany), które mam w domu na trzech ścianach (każda w innym kolorze) i nadal uważam, że są zjawiskowe. Mają także bardzo urocze oraz poetyckie nazwy: może ktoś się skusi na “in the midnight hour” albo “whispering spring”?

2136-40.jpg

Morze egejskie, czyli “aegean teal”

W międzyczasie, kompletując zestaw obejmujący szarawe niebieskości, musztardę, miętę, biel i oliwkę z kroplą różu (albo koralu?), nazbierało się sporo różnych zdjęć, które niekoniecznie łączą się z tym wyborem, ale pokazują, jaką moc ma kolor: wysycony, głęboki, zmieniający się pod wpływem światła. Jak zmienia proporcje pomieszczeń, podkreśla detale i faktury, jak wypełnia pomieszczenie (co dla niektórych może być wadą, a dla innych zaletą). Trzeba go używać z przekonaniem, ale i z uwagą, żeby nie przedobrzyć, nie stłumić, nie uprościć.

Poniżej znajdziecie bardzo subiektywny przegląd barw w różnych pomieszczeniach, które zaintrygowały mnie same w sobie lub w zestawieniu z innymi, często nieoczywistymi odcieniami, a także z fakturami mebli, tkanin i dekoracji (pod zdjęciami są linki, w których znajdziecie kolejne zdjęcia i kolejne kolory).

[Soundtrack może być tylko jeden, czyli “Colours” Donovana: https://www.youtube.com/watch?v=hoEle04qu_U ]

04_kolor

http://www.fentonandfenton.com.au/_blog/Fenton_and_Fenton

03_kolor

http://www.houseandgarden.co.uk/interiors/hallway/block-colour-pink-blue-painted-stairs

pink-room-wall-design.jpg

http://zac-e.com/

pink

http://www.lifestyleetc.co.uk/

08_kolor

https://www.nakedkitchens.com/kitchens/frameless/ladbroke

01_kolor

http://www.pinterest.com

07_kolor

http://www.remodelista.com/

f90aa63dd668f8fa11ea2d8d75d033ac

http://www.cotemaison.fr/inspirations/decoration-interieur-peinture-marier-les-couleurs_23166.html

02_kolor

http://www.planete-deco.fr/

koloo

http://homeadore.com/

10_kolor

http://skonahem.com/

1d73de6b222a5e778022b1c4977c0ec0.jpg

https://www.bloglovin.com/blogs/sanna-tranlov-4553755/sangbord-4166729246

ziel

https://www.bloglovin.com/

heart-of-the-home-by-gisbert-poeppler-yellowtrace1

http://camillestyles.com/living/bring-it-home/break-with-convention/

02

http://www.designattractor.com/2016/03/serene-scandinavian-apartment-with.html

zielle

http://www.apartmenttherapy.com/paint-color-portfolo-dark-green-dining-rooms-194733

Na koniec norweska ambasada w Berlinie i mistrzowskie łączenie odcieni: bieli, granatów, fioletów i (tak, tak) koloru brzoskwiniowego…

05_kolor.jpg

http://www.freundevonfreunden.com/

Wszystkie moje zbiory i kolory są tu:

Zapraszam! 🙂

Zapisz

We wrześniu rozpoczął się nowy remont, taki generalny i na serio, z burzeniem ścian, zmianą wszystkich kabli i rur, a nawet zmianą funkcji pomieszczeń. Niby nic nadzwyczajnego, plan gotowy, wszystko policzone i ustalone. Ale w tym “wszystko” mieści się cała gama światłocieni i obrazów z przeszłości, a konkretnie – ze wczesnoszkolnego dzieciństwa.

Znów mamy lata 80., osiedle niskich bloków z zielonymi podwórkami, balkony obrośnięte winoroślą i podobne przedpokoje obłożone boazerią. Do szkoły jest niedaleko, wraca się dużą grupą, a potem idzie się na obiad do losowo wybranego mieszkania – przecież wszędzie są znajomi sąsiedzi i znajome dzieci.

Znam te bloki od zawsze, pamiętam boazerię i zieleń, a najbardziej – serdeczność i rodzinność, które zostały w ścianach i pokojach, chociaż dziś prawie wszystko już się zmieniło: remont raczej nie stłumi dobrego klimatu, pomoże za to odzyskać jasną przestrzeń i trochę poprawi funkcjonalność całości. Ale światło się nie zmieni.

dscf1214

dscf1218

Archeologia remontowa

Ku zaskoczeniu wszystkich osób zaangażowanych w remont okazało się, że ściany w mieszkaniu mają li i jedynie 4 cm grubości. Są oczywiście betonowe, z wyraźną fakturą i ręcznie wymalowanymi na placu budowy numerami. Po demontażu kafli w kuchni (która będzie małą sypialnią) ukazały się warstwy zdecydowanych kolorów i ekspresjonistyczna kompozycja linii i plam – zostaną po niej pamiątkowe fotografie.

dscf1227

dscf1239

dscf1243

Przestrzał, beton i okładziny ścienne

Ciemnawy i długi przedpokój został skrócony i częściowo otwarty na duży pokój: demontaż boazerii nie tylko pozwolił odzyskać kilka centymetrów powierzchni, ale również odsłonił wcześniejsze warstwy tapet w roślinne wzory oraz inskrypcje z dawnych czasów, ręcznie wypisane bezpośrednio na ścianach.

dscf1254

dscf1257

Inskrypcje naścienne

Na tym etapie prac można po prostu dotknąć przeszłości, jest materialna i namacalna, lata 80. mają tu swoją fakturę i koloryt. Za chwilę znikną najpoważniejsze rysy i pęknięcia, pojawią się nowe detale i kolory, zmieni się (chociaż w sumie nieznacznie) układ całego mieszkania. Mam jednak nadzieję, że nadal – gdy tylko ktoś przekroczy próg – poczuje, że jest w domu.

dscf1271

Sztuka postkuchenna

/Dziękuję koleżance AKR za kontakt, propozycję remontową i możliwość powrotu do dawno nie odwiedzanych zakątków. Czuję, że to będzie miłe miejsce – przecież zawsze takie było!/

Zapisz

Podoba mi się: monumentalna, barwna Droga Krzyżowa z końca lat 60., w której sportretowani zostali mieszkańcy, astronauci i Ghandi; mały park z samotną kolumną i duży park ze wspomnieniem potańcówek; przejrzysta rzeka, idealna do brodzenia po kolana i do archeologicznych poszukiwań; Muzeum Regionalne ze skrzypiącymi podłogami i wspaniałymi sgraffitami na wyciągnięcie ręki; zaangażowanie napisów na murach; idealnie zachowane wnętrze neoromańskiego, małego kościoła; szukanie śladów i znaków pradziejów bliższych i dalszych; architektoniczny entuzjazm Karola; podwójna porcja naleśników w Barze Popularnym i wynajdywanie własnych ścieżek. Podoba mi się Chojnów.

IMG_0898

IMG_0066

Mury mówią w Chojnowie

Lipiec był miesiącem wzmożonej działalności integracyjno-zapoznawczej, prowadzonej pod egidą dolnośląskiej sekcji ESK 2016 i pod osłoną (dosłowną) pawilonu MoKaPP, który przez dwa tygodnie stał w chojnowskim (małym) parku. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się, co to za pawilon, jak wygląda, jak działa i gdzie się aktualnie znajduje, to zajrzyjcie tu:

https://www.facebook.com/pawilonmokapp

Biały pawilon początkowo wzbudzał pewną nieufność, a potem stał się drugim domem, miejscem spotkań, zabaw i warsztatów. I bazą wypadową dla spacerów, eksploracji i tropienia chojnowskiej historii – w efekcie tych poszukiwań powstała gra, dzięki której można w sposób aktywny zwiedzać miasto, a także szkic spacerownika, który bardzo dobitnie pokazuje, że jest co oglądać, dokąd pójść i czym się zainteresować.

IMG_0106

Żelbetowa wieża ciśnień

Na dobry początek wystarczy jeden dzień – dla bardziej wnikliwych dwa, a może nawet trzy (my obeszliśmy Chojnów w cztery dni, a i tak pozostało uczucie pewnego niedosytu). Bo zwiedzanie tego miasta, położonego między Legnicą i Lubinem, dawnej przemysłowej potęgi, po której zostały tylko opowieści, jest zagłębieniem się w historię miejsc zapomnianych i niebyłych, prześwitujących przez kolejne warstwy farby i ciszy. Chojnów to dolnośląski palimpsest, z oficjalną piastowską narracją, niemiecką tkanką, PRL-owskim sukcesem gospodarczym i współczesnym oczekiwaniem na zmianę.

W pierwszej chwili może się wydawać, że wystarczy tylko obejść (zbyt?) ogromny Rynek, obejrzeć dwa kościoły i jedną wieżę, wypić kompot w Barze Popularnym i pojechać dalej. Ale można zostać dłużej i zacząć się przyglądać śladom i wskazówkom, które zaprowadzą nas do dawnej synagogi (dziś to sala gimnastyczna), do Bractwa Strzeleckiego, na willowe przedmieście z przełomu wieków, na dworzec i do dziewczyny z warkoczem, do muzealnego lapidarium (gdzie okaże się, jak kiedyś wyglądała rynkowa fontanna) i wyżej, na cmentarne wzgórze, otoczone murem zrobionym ze starych, niemieckich nagrobków.

IMG_0910.JPG

IMG_0934

IMG_0906

IMG_0350

Dziewczęcy detal, synagoga, dworzec i Rynek

W Chojnowie jest wszystko: średniowieczne opowieści pomieszane z napoleońskimi legendami, historie rozlicznych pożarów i zniszczeń, rozmach końca XIX wieku, wątki kolejowe i fabryczne, rękawiczki eksportowane do USA, manierystyczne portale i ciągłe zaczynanie od nowa.

A wy rozpocznijcie swój spacer od placu Dworcowego, przy resztce fontanny jubileuszowej – warto mieć ze sobą jej stare zdjęcie, bo zlikwidowaną kolumnadę znajdziecie w zupełnie innym miejscu. Składajcie sobie przeszłość z teraźniejszością i bądźcie wyrozumiali dla tych, którzy wciąż i wciąż musieli odbudowywać to miasto. Po prostu – zwiedzajcie Chojnów!

12_fontanna_jub

IMG_0323

Chojnowski dworzec i fontanna jubileuszowa (oraz jej zachowane fragmenty)

Więcej zdjęć i ciekawostek znajdziecie tutaj:

https://chojnow.wordpress.com

Tymczasem MoKaPP przemieścił się już do Szczytnej, a we wrześniu będzie stacjonował w Nowej Rudzie. Zapraszamy!

IMG_0312

IMG_0305

Lato 2016 w MoKaPPie

[Zdjęcia: A. Gabiś]

/To jest spóźniony wpis urodzinowy, bo blog miał w sierpniu kolejną kolejną rocznicę –  i dlatego podoba mi się! /

Zapisz

Zapisz

Czerwiec nie skłaniał do pisania, a lipiec właśnie się kończy. Był pełen miejsc, opowieści, poszukiwań i aktywności kulturalno-rozrywkowych. Oraz pracy, która wyprowadziła mnie poza Wrocław, ucieszyła i zmęczyła, i jest tematem na osobny wpis, który szkicuję sobie w głowie od kilku dni. Ale zanim zacznę i zbiorę w całość chojnowską układankę (tak, tak, zwiedzajcie Dolny Śląsk!), to zakończę lipiec feerią barw, z przewagą odcieni szklanych, złotych i świetlistych.

DSCF7002

Kolor totalny – fragment czeskiej (czechosłowackiej) patery

Już się wydawało, że w tym miesiącu na giełdę nie pójdziemy, bo papierologia, siedzenie przy komputerze i takie tam. Szczęśliwym trafem moje ulubione forum zażądało nowości (“Pani, a co tam na starociach? Bom ciekawa nowych okazów”), a KSz słusznie zauważył, że jest weekend i można się udać pod Iglicę. Krótka wycieczka, dla rozpoznania sytuacji.

Rozpoznawaliśmy ją całkiem intensywnie i dogłębnie, pewnie dlatego, że pogoda była idealna, a ludzkość ogólnie w nastrojach przyjacielskich – co poskutkowało długimi dyskusjami o urodzie (nieoczywistej, jak dla mnie) szkła uranowego, o kalekich (oczywiście szklanych) łabędziach i kolorystycznych preferencjach Polaków w latach 80. (wszyscy chcieli rubinowe wazony, to mieli).

Efekt? Obłędna, wielka, czeska patera, a właściwie feeria barw, oscylująca wokół różu i pomarańczu z kroplą niebieskości, zamknięta w masie przejrzystego szkła. Organiczna i rzeźbiarska forma, nieregularna, nieco wydłużona, z podniesionymi krawędziami i zgrubieniami na końcach. Ze wstępnego rozeznania wynika, że to Borocrystal (dzięki, Ann-Mary!), więc byłby to już drugi okaz z tej huty w naszej kolekcji. Paterę wypatrzył KSz, i tym samym chyba oficjalnie należy uznać go już nie za Konesera Szrotów, ale za Konesera Szkła. Niech i tak będzie, ważne, że zbiory się powiększają o takie spektakularne egzemplarze.

DSCF7003

patera

DSCF7013

Duet polsko-czeski na parapecie

Nowy nabytek potrzebuje dużo światła, więc wylądował na parapecie, w sąsiedztwie ceramicznego pucharu oraz wysokiego, miodowego wazonu, który zakupiłam na poprzedniej giełdzie (pomimo braku przekonania ze strony KSz). To polskie szkło, lata 70. albo 80., z wyraźnym wpływem Horbowego: ustawiony wśród czerwonych kieliszków nie był zbyt zachęcający, jednak po umyciu i odpowiedniej ekspozycji odzyskał blask i urodę. A teraz, w tym zestawie, to już w ogóle kwitnie.

Zakupy nie skończyły się na spektakularnej paterze – do mieszkania pod Różowym Królikiem przybył spod Iglicy szmaragdowy miniwazonik (paterka?) z Zeleznego Brodu (zapewne projektu M. Klingera). Kolor ma wysycony i mocny, formę również nieco organiczną, i już odnalazł swoje miejsce wśród różowości w małym pokoju.

DSCF7009

Szmaragdowy drobiazg (ZBS)

Czechosłowacki monopol przełamany został absolutnie niepotrzebnym, uroczym oraz niewielkim świecznikiem: to produkt niemiecki, VEB ILM-KRISTALL, kolor jasny, ciut oliwkowy, szlif wyrazisty, przejrzystość zacna. Miał zostać na tym stoisku, obok krzywego łabędzia? Nie został i jeszcze znalazł miejsce obok swego krajana (na półce stoi już kobaltowy wazon tej samej produkcji).

DSCF7011

Niemiecki świecznik (jeszcze z metką)

Szklane powierzchnie odbijają światło, przestrzeń wokół wibruje kolorami, a ja zauważam u siebie postępujące uzależnienie od tych przedmiotów: mogę przez kilkanaście minut siedzieć i patrzeć, jak słońce załamuje się w krawędziach wazonów i jak zmieniają się odcienie i barwy (to w sumie może też być efekt nie posiadania telewizora, hm). Wyszukuję ulubione tonacje kolorystyczne nie tylko w paterach – często noszę bransoletkę z bursztynów i muranowskiego szkła, która cała się mieni i świeci. Dokładam do niej jeszcze trochę złota i mleczną perłę, i wtedy mam wakacje. I trochę tęsknię za rzymskim światłem.

DSCF7030m

Wielobarwne tło i pierścionki oczywiście od http://www.yuvel.pl

Zapisz

Zapisz