Archives for category: remonty

We wrześniu rozpoczął się nowy remont, taki generalny i na serio, z burzeniem ścian, zmianą wszystkich kabli i rur, a nawet zmianą funkcji pomieszczeń. Niby nic nadzwyczajnego, plan gotowy, wszystko policzone i ustalone. Ale w tym “wszystko” mieści się cała gama światłocieni i obrazów z przeszłości, a konkretnie – ze wczesnoszkolnego dzieciństwa.

Znów mamy lata 80., osiedle niskich bloków z zielonymi podwórkami, balkony obrośnięte winoroślą i podobne przedpokoje obłożone boazerią. Do szkoły jest niedaleko, wraca się dużą grupą, a potem idzie się na obiad do losowo wybranego mieszkania – przecież wszędzie są znajomi sąsiedzi i znajome dzieci.

Znam te bloki od zawsze, pamiętam boazerię i zieleń, a najbardziej – serdeczność i rodzinność, które zostały w ścianach i pokojach, chociaż dziś prawie wszystko już się zmieniło: remont raczej nie stłumi dobrego klimatu, pomoże za to odzyskać jasną przestrzeń i trochę poprawi funkcjonalność całości. Ale światło się nie zmieni.

dscf1214

dscf1218

Archeologia remontowa

Ku zaskoczeniu wszystkich osób zaangażowanych w remont okazało się, że ściany w mieszkaniu mają li i jedynie 4 cm grubości. Są oczywiście betonowe, z wyraźną fakturą i ręcznie wymalowanymi na placu budowy numerami. Po demontażu kafli w kuchni (która będzie małą sypialnią) ukazały się warstwy zdecydowanych kolorów i ekspresjonistyczna kompozycja linii i plam – zostaną po niej pamiątkowe fotografie.

dscf1227

dscf1239

dscf1243

Przestrzał, beton i okładziny ścienne

Ciemnawy i długi przedpokój został skrócony i częściowo otwarty na duży pokój: demontaż boazerii nie tylko pozwolił odzyskać kilka centymetrów powierzchni, ale również odsłonił wcześniejsze warstwy tapet w roślinne wzory oraz inskrypcje z dawnych czasów, ręcznie wypisane bezpośrednio na ścianach.

dscf1254

dscf1257

Inskrypcje naścienne

Na tym etapie prac można po prostu dotknąć przeszłości, jest materialna i namacalna, lata 80. mają tu swoją fakturę i koloryt. Za chwilę znikną najpoważniejsze rysy i pęknięcia, pojawią się nowe detale i kolory, zmieni się (chociaż w sumie nieznacznie) układ całego mieszkania. Mam jednak nadzieję, że nadal – gdy tylko ktoś przekroczy próg – poczuje, że jest w domu.

dscf1271

Sztuka postkuchenna

/Dziękuję koleżance AKR za kontakt, propozycję remontową i możliwość powrotu do dawno nie odwiedzanych zakątków. Czuję, że to będzie miłe miejsce – przecież zawsze takie było!/

Zapisz

Im więcej było wokół wiosny, światła i zieloności, tym wyraźniej odczuwałam przesyt wzorami i kolorami w najbliższym otoczeniu. Oranże, fiolety i pejzaże, ładujące akumulatory w zimowe popołudnia, stały się nieco męczące oraz trochę opatrzone – trzeba było zatem coś zmienić. Kierunek nowych poszukiwań był dość precyzyjny: niech to będzie faktura i linia, dużo bieli i graficznego rozedrgania. I niech będzie przeciwwagą dla szklanej feerii barw oraz realistycznej przyczepy.

Poszukiwania rozpoczęłam trochę losowo, szybko się jednak okazało, że krążę wokół  jednego kierunku, a nawet – wokół jednej artystki. Grafiki Anny Łabuz oglądałam już jakiś czas temu (przy okazji meblowania zupełnie innego mieszkania), potem znów na nie trafiłam (za sprawą tarnowskich wydarzeń kulturalnych) i wreszcie znalazłam stronę z jej portfolio, i wtedy już całkowicie zagłębiłam się w graficzne meandry. A jak się zagłębiłam, to zrozumiałam, że właśnie tego potrzebuje teraz nasze rozjaśnione mieszkanie – abstrakcji, nawiasu, wyraźnego konturu. Był jednak poważny dylemat, bo trzeba się było zdecydować na którąś  pracę. A właściwie na jedną z dwóch.

06_moj2

05_moj

Anna Łabuz “Przepływ”/”W czasie i poza czasem” (akwaforta, akwatinta)

Dyskusje z KSz trwały kilka dni, on obstawiał dynamiczny “Przepływ”, a ja ciemniejszą i bardziej statyczną kompozycję z cyklu “W czasie i poza czasem”. W końcu został osiągnięty kompromis, bo po kontakcie z Anną Łabuz okazało się, że właśnie te grafiki są do obejrzenia i kupienia, i do tego we Wrocławiu. Umówiłyśmy się, obejrzałam, zakupiłam. Obie.

Nie mogło być inaczej: ten miks akwatinty i akwaforty, aksamitna faktura papieru, kilka odcieni czerni (która wcale nie jest jednolicie czarna, ale oscyluje momentami między granatem, zielenią a turkusem), zestawienia rozedrganych linii i zdecydowanych płaszczyzn mają w sobie subtelnie wykreśloną przestrzeń i wyciszoną energię, która trwa pod białą powierzchnią. To abstrakcje malownicze i ekspresyjne, rozpostarte między mrokiem a światłem, narracyjne i hipnotyzujące, o wspólnym, wyrazistym języku.

03_untitled

02_architecture

01_hanging

Grafiki Anny Łabuz / http://www.coroflot.com/A_nouk/Imprints

Przez chwilę trwały przymiarki, ostatecznie rocznicowy prezent dla KSz zawisł w pokoju dziennym, a chmura czerni powędrowała do sypialni. Najpierw wisiały na klamerkach, ale system nie do końca się sprawdził, więc bardzo nieelegancko oprawiłam jedną z grafik w ramę wypełnioną zwykłym szkłem. I chociaż wiem, że to nieprofesjonalne i że szyba powinna być antyrefleksyjna (kiedyś będzie!), to cieszą mnie odbicia świata, przepływające przez czarne kontury. Wtedy tego świata (i światła) jest jakoś więcej.

DSCF1080

DSCF1070

DSCF1084

DSCF1162

DSCF1158

“Przepływ” na swoim miejscu

Po drugiej stronie pokoju zmiana miała miejsce już nieco wcześniej, bo również postanowiłam wyciszyć poprzednią kompozycję: wymieniłam plakaty (kolejny, bardziej graficzny Lapicque ujrzał światło dzienne) i dodałam skromny talerzyk, który publicznie nie był jeszcze prezentowany (dyskretna, ceramiczna Łysa Góra). Takie są efekty nieposiadania telewizora, po prostu trzeba od czasu do czasu zmienić zestaw dekoracji, na które często się patrzy.

DSCF1033

DSCF1034

DSCF1029

DSCF1027

Łysa Góra i Lapicque, czyli kolejna odsłona ściany muzycznej

W sypialni na razie zrezygnowałam z ramy, nie chcę zamykać za szkłem tej sensualnej powierzchni i niebieskawych niuansów czerni. Talerze z Chodzieży już nie są samotne, przyczepa zyskała kontrapunkt, a nasycona detalem sypialnia stała się miejscem właściwie poza czasem.

DSCF1088

DSCF1086

DSCF1090

Graficzna sypialnia (w odcieniach turkusu)

Jak już kiedyś wspominałam na blogowych łamach, nie umiem fachowo pisać o obrazach (i grafikach też), i nie będę tu nikogo raczyć analizami i interpretacjami prac Anny Łabuz. Po prostu  weszłam w tę przestrzeń, zanurzyłam się w czarno-białe meandry, a teraz mam na wyciągniecie ręki i bliskość spojrzenia własny fragment przepływu i czasu.

Szukajcie swojej sztuki i przy okazji przejrzyjcie też całe portfolio Ani, której życzę powrotu do pracowni i nowego, graficznego otwarcia. Trzymam kciuki i chętnie zaglądam tutaj:

http://www.coroflot.com/a_nouk

/Oczywiście wiem, że słońce szkodzi sztuce – zasłonę odsłoniłam tylko do zdjęć/

 

Rozproszenie wiosenne powoduje pewne zastoje, zamyślenia i rozbawienia, co jednak nie przeszkadza w planowym zazielenianiu okolicy. Prace ziemne w ogrodzie zostały rozpoczęte, widocznych efektów na razie brak, i tylko KSz wie, ile korzeni oraz lian umie naprodukować czarny bez wraz z przyległościami. W marcu zainaugurowałam akcję “przygarnij roślinę”, co poskutkowało zasadzeniem minikrzaczków, z których ma powstać żywopłot. Nastąpi to (o ile w ogóle) za jakieś 20 lat, ale satysfakcja z powodu uratowania podwiędłych okazów z supermarketowych otchłani wzmocniła moje morale i przyczyniła się do zainicjowania kolejnych działań: nasadzeń balkonowych oraz rozsadzeń ogrodowych.

Nie mam pojęcia, czy posiadam tzw. “rękę do roślin”, nie wiem, co wyrośnie z rozlicznych cebulek i patyków, starannie zasadzonych we frontowym ogródku i czy w ogóle obsiewanie niczyich nieużytków (bo taki w sumie status ma ten ogródek) ma jakikolwiek sens. Wiem natomiast, że lubię w ziemi pogrzebać, pobyć na świeżym powietrzu i podyskutować z sąsiadami. Zaskoczyła mnie ilość interakcji, jakie wzbudza człowiek kopiący w rabacie – ludzkość zagaja, podpytuje, zwierza się i życzy powodzenia. Stojąc oczywiście w bezpiecznej odległości, co by się ziemią nie uwalać. Pamiętajcie – jak coś zasiejecie, to musicie splunąć na szczęście, wtedy na pewno urośnie.

Po wykopaniu chwastów i dziwnych korzeni mamy teraz miejsce na sadzenie drzew, takich prawdziwych, co będą rosły długo i zapewne wszystkich nas przeżyją. Wbrew popularnej ostatnio opinii, że drzewa to tylko problem, bo zacieniają i brudzą, będę je sadzić gdzie się tylko da – szczególnie, że wizja nowej drogi pod oknami staje się coraz realniejsza. Na razie zasadzony został klon, który przez cały rok rósł w donicy, a na tyły domu powędrował choinkobadylek, grzecznie czekający na swoją kolej od Bożego Narodzenia (życzę mu szczęścia w nowym miejscu, ale nie wygląda niestety zbyt przekonująco…).

W lokalu pojawiły się (i znikły) dekoracje okolicznościowe, układane z elementów żywych oraz mniej. Kilka dni temu był chłód, deszcz i nieśmiałe cebulki, a dziś regularne słońce i roślinność zdecydowanie bardziej ożywiona.

DSCF9343

DSCF9363

DSCF9351

DSCF9418

DSCF9417

Kompozycje wielkanocne…

DSCF1019

…oraz egzotyczne (ale nadal bez listew przypodłogowych)

Balkon wymaga szeroko zakrojonych prac wykończeniowych (malowanie, parapety, czyszczenie podłogi i 28 innych spraw), dlatego teraz lepiej skupić się na detalu oraz zawartości skrzynek. Są już zioła, byliny i niezapominajki, pojawiły się pszczoły, zniknął udekorowany badylek (i klon). Wewnętrzne ogródki powoli wracają do życia, już kiełkują piwonie.

DSCF9391

DSCF9389

DSCF9393

DSCF9386

DSCF9392

DSCF9397

DSCF9398

Widoki balkonowe i osiedlowe

Wiosna udzieliła się również roślinności łazienkowej: nad oknem powstał kwietnik złożony z pręta zbrojeniowego oraz doniczek, których zawartość rozwija się nad wyraz sprawnie – niedługo powstanie bardzo praktyczna, zielona firanka (dziękuję J. i B. za podarowany kwiat, jak widać ma się świetnie). Natomiast w kuchni roślinność zmienia się rotacyjnie, od ziół po cebulę ze szczypiorem, ale również pietruszka posiada pewien walor dekoracyjny.

DSCF9405

DSCF9408

DSCF9403

Zieleń we wnętrzach

Trzeba jeszcze pomyśleć o trawniku, uporządkowaniu grządek i hałd chrustu oraz o innych ważnych sprawach, także w lokalu mieszkalnym (samych nudnych i praktycznych). Dla równowagi – sprowadziłam do kuchni kolejną lampę (która dogaduje się lodówką) i wymyślam nowe zadania, które nawarstwiają się na te starsze i średnio nowe. Najlepiej wymyśla się na balkonie, ze słońcem świecącym prosto w oczy i z mądrą, przyrodniczą piosenką w tle:

DSCF9423

Bazie i pingwiny

Trochę zielono, trochę miętowo, coraz bardziej wiosennie, ale nadal bez kratki wentylacyjnej oraz listew przypodłogowych. Tak się rysuje sytuacja na froncie prac kuchennych oraz w narożniku: do lokalu Pod Różowym Królikiem przybyła lodówka, przyobiecana jeszcze w ubiegłym roku (za prezent dziękuję rodzinnym fundatorom!).

Świeci się, buczy, jest na swoim miejscu, a w kuchni robi się coraz bardziej retro i różnobarwnie (chociaż nadmiar turkusu muszę chyba zneutralizować czernią, bo ile można). Koteczek z okazji nowej lokalizacji zaprzestał machać rączką, a lampa Mayday zawisła na gazowej rurze, w zastępstwie gwiazdy świątecznej oraz oświetlenia podszafkowego, którego nadal nie ma (i tak szczęśliwie przetrzymaliśmy zimę, teraz będzie przecież coraz jaśniej).

DSCF9332

DSCF9333

DSCF9341

DSCF9337

DSCF9335

Koteczek i kwadraty

W obliczu eksponatu, jakim jest miętowy Smeg, muszę przyznać, że lokal został umajony niemalże maksymalnie i należałoby się teraz zająć tematami mniej przyjemnymi oraz średnio efektownymi wizualnie: listwami, zabudową rur, osłonami kaloryferów itd. Po ośmiu miesiącach od zamieszkania trzeba się w końcu tym zająć, ale przedtem chciałabym jeszcze posiać maciejkę i pachnący groszek, znaleźć zielony wazon, czarny piekarnik oraz lokalny koloryt.

DSCF9313

Miejsce na talerz…

 

Jest już połowa sierpnia, miesiąc temu rozczulałam się nad starym stołem i w międzyczasie miałam ambitny plan opisania procesu odnawiania podłóg oraz zaprezentowania kolejnej odsłony cyklu “Mieszkać inaczej”. I co? I wakacje. I upał, jezioro, koniki polne oraz tysiąc rzeczy do przykręcenia/złożenia/pomalowania. Zatem sierpień nadal pod znakiem działań remontowych i tym samym blog coraz bardziej skręca w stronę terapeutycznego dzienniczka pt. “Ja i mój nowy dom”. Zdaję sobie z tego sprawę, ubolewam nad takim zwrotem akcji, ale w obliczu wysokich temperatur, niskiego ciśnienia i przerw w dostawach prądu nie mam innego wyjścia. Zrobi się chłodniej, będzie profesjonalniej. Na razie nie.

Na razie urządza się balkon: roślinność omdlewa, usiąść można w wiklinowych fotelach (dar zza zachodniej granicy), a napoje chłodzące oraz świece ustawiane są na stoliku tak bardzo z ikei, że bardziej nie można. KSz skonstruował go z kartonów, w które opakowana była szafa. Mebel jest stabilny, tylko trzeba uważać, żeby nie zamókł na deszczu (na co się na razie nie zanosi).

IMG_6216

IMG_6215

Na balkonie (wiklina, tektura i pomidory)

To naprawdę zaskakujące, jak dużo rzeczy jest do zrobienia w tak niedużym przecież mieszkaniu. Na przykład lampy: pomimo ciągłego wybierania, wieszania i wiercenia nadal na sufitach kwitną białe kable. Ale nie poddajemy się – najważniejsze, że wiszą już lampy w pokojach. Wszystkie niskobudżetowe, oczywiście.

IMG_5992

IMG_6005

IMG_6009

Lejek salonowy z lotką w tle

Do lampy w pokoju dziennym przymierzałam się dość długo – na próbę powieszony został nawet wielki, granatowy klosz, który tak w ogóle był super, ale zasłaniał pół okna. W sumie chyba pierwszy raz w życiu miałam styczność z dziwnym zadaniem, jakim jest wybór lampy, która wisi na tle okna. Najchętniej bym tu widziała lekki kryształowy żyrandol albo jakieś różowe Murano, kwiaty, gałązki i złoto – to jednak pieśń przyszłości, a na teraz został wyciągnięty z piwnicy plastikowy lejek. Kilka lat temu zakupiłam go na giełdzie staroci, spodobał mi się kształt i dość szlachetne tworzywo, a że nie było dla niego miejsca, to musiał poczekać. I się doczekał, zawisł, świeci miło, klosz ma lekko transparentny, więc oświetla i stół, i część pokoju. To kolejny przedmiot z kolekcji zbieranej przez lata na zasadzie “ładne, kiedyś się przyda”.

Natomiast zupełnie nie z kolekcji, ale ze sklepowej wyprzedaży przybyła kula do małego pokoju. Też miły plastik, całkiem współczesny i wyprodukowany przez firmę Koziol. Znałam i lubiłam ten model (Orion), ale miałam opory, żeby go kupić za kwotę trzycyfrową. A kiedy się okazało, że można nabyć za kwotę dwucyfrową, to oporów już nie było i orion świeci nad regałem oraz szkłem.

IMG_6023

IMG_6024

Orion w małym pokoju

Sypialnia została doposażona standardowo, w przyczepę oraz papierową poduszkę. Jakby ktoś nie wiedział, to ikea matka nasza już wycofała ten model lampy (na szczęście zrobiłam zapasy).

IMG_6171

Nieustające wakacje

Trudno stwierdzić, które pomieszczenie jest najbardziej skończone (lub nieskończone). Sytuacja jest dynamiczna, coś przybywa, czegoś ubywa lub jest przenoszone z miejsca na miejsce. Pojawiają się też kolejne dekoracje oraz kompozycje.

IMG_6058

IMG_6056

IMG_6053

Kompozycje trwałe oraz mniej

Zdecydowanie szybciej przebiega proces komponowania wazonów, pater i szkła, niż prace budowlane, takie jak skrobanie obudów (co widać). Powyciągałam bibeloty z kartonów, teraz wreszcie mogą odetchnąć wazony z Tułowic i Włocławka, gliniany ptaszek-skarbonka, emaliowana patera z Olkusza i cała reszta też.

Drobiazgami się bawię, to zajęcie akurat na lato, natomiast poważniejsze sprzęty potrafią przysporzyć sporo kłopotów oraz zgryzot. Począwszy od bardzo konkretnych (uszkodzenia ciała podczas składania szaf), a skończywszy na paraliżu decyzyjnym. Tenże paraliż ujawnił się przy wyborze kanapy do pokoju dziennego, wyposażonego już w stół oraz fotele (fioletowy stary i nowy czarny, czyli Comfee z Noti). Naiwnie rozpoczęłam poszukiwania, mniemając, że są na świecie kanapy zgrabne, wygodne i nie za miliardy. No więc nie ma. W każdym razie we Wrocławiu, i żeby jeszcze dało się na nich usiąść, dotknąć materiału, obejrzeć. Może to jakaś fanaberia, ale nie umiem kupować w ciemno takich mebli – moje doświadczenia kanapowe to jak na razie ikea, starocie ożywiane przez pana tapicera oraz jedna firma, co robi rozkładane leżanki, niestety za duże do tego mieszkania.

Chodziłam, szukałam, wertowałam katalogi, miłe panie były miłe, kanapy kosztowały grube tysiące, a frustracja narastała. W końcu stwierdziłam, że tak dalej być nie może, nie będzie ze mnie żaden mebel energii wysysał – zrobiłam wnętrzarski rachunek sumienia, przypomniałam sobie, że jest jedna taka, co mi się zawsze podobała i pojechałam wiadomo gdzie. KSz zasiadł, orzekł, że miło, ale czy nie za szeroka? Pewnie tak, ale ma prześwietny kolor i w ogóle nie przypomina godnej, prawdziwej kanapy. I w ten sposób via Ikea przybył do mieszkania Pod Różowym Królikiem zupełnie niebieski kanapon (czyli Söderhamn).

IMG_6234

IMG_6224

IMG_6220

IMG_6236

Söderhamn w kolorze

Przez kilka dni, zanim kanapon stanął, przejmowałam się, czy nie za niebieski, czy nie za duży, że przecież tu powinna stać zgrabna, szara sofa, a nie takie nie-wiadomo-co. Za dużo się chyba naoglądałam dziwnych mebli i trochę straciłam wyczucie – a przecież jeśli zawsze mi się podobała ta kanapa i rozmiary miała mniej więcej w porządku, to czego tu się obawiać? Trzeba się bardziej słuchać, a potem to już będzie z górki. Jak i w tym pokoju: jeszcze tylko półki na książki, talerze na ścianę i takie tam detale. A kanapon stoi, wygodny jest obrzydliwie, przypadł do gustu zarówno domownikom, jak i gościom, w tym Funi, która wlazła na, wlazła pod, ułożyła się na poduszkach i przysnęła. Czyli mebel można uznać za udomowiony.

Prawie skończona jest łazienka, średnio – kuchnia, w ogóle – mały pokój, ale tam, w trudzie i znoju, robi się szafa. Prezentacja odbędzie się w terminie późniejszym, kiedy będzie już co pokazywać, a nie tylko migawki i rozterki. Wcześniej czy później musi się udać, przecież nad tym lokalem czuwa różowy technokrólik.

IMG_5920

Technokrólik strzeże drzwi do łazienki

/a Funia to uroczy biały pieseczek rasy Bichon Frise. Z kanaponem komponuje się idealnie. Pozdrowienia dla redaktorowej!/

Po zaskakujących zwrotach akcji, zamieszaniu przeprowadzkowym, ranach ciętych (mój brat już teraz wie, że wnoszenie regałów może być przyczyną uszkodzeń ciała) i po zakwasach od malowania – Wielki Remont można uznać za zakończony. W swej zasadniczej części oczywiście, bo nie liczę takich detali jak odrapane drzwi czy brak szafki pod zlewem.

Tydzień przemieszkaliśmy w całkowitym chaosie, kończąc malowanie średniego pokoju i czyszcząc obudowy kaloryferów. Czułam się trochę jak na wakacjach, a trochę nieszczęśliwa. Bo przecież miało być tak pięknie, wszystko dopracowane, czyściutkie i gotowe do zagospodarowywania talerzami i wazonami. A tu kurz, kartony i wiadra z farbą – głównie z białą, ale też ze szmaragdową, ciemnoszarą oraz elektrycznie niebieską. I mimo tego, że nadal walają się w lokalu wiertarki, wkrętarki i kable, to mogę z przekonaniem stwierdzić, że to już jest dom – i nie dlatego, że jest w nim wanna, internet czy królik nad wejściem do łazienki. Ale dlatego, że w kuchni stoi stół.

IMG_5948

Stół z chaosem w tle (czyli spiżarka jeszcze bez półek i drzwi)

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to żadna rewolucja – ale dla tego mieszkania to wydarzenie bez precedensu. Przez pół wieku w kuchni nie było stołu, konsumpcja odbywała się przy blacie albo wędrowano z talerzem przez załomy korytarza, do pokoju dziennego. Teraz droga jest prosta, a przy stole mogą zasiąść cztery osoby – jeśli będzie potrzeba oraz dodatkowe siedziska. A ten, kto siedzi naprzeciwko okna, ma widok na morze zieleni.

IMG_5950

Kuchnia z widokiem

Czyli powstała nowa przestrzeń, której elementem zasadniczym okazał się stół. Wypełnił puste miejsce w czasie rzeczywistym, ale trochę też w innej, sentymentalnej czasoprzestrzeni. To stary mebel, z blatem zmęczonym życiem, poręczny, okrągły i solidny, wyprodukowany przez Opatowiecką Fabrykę Mebli w Opatówku. Nie wiem dokładnie, kiedy go wykonano, data jest nieczytelna, ale mógł to być początek lat 50., bo ta fabryka w 1961 przestała być samodzielnym zakładem (działała od końca XIX wieku, jako Fabryka Lalek i Zabawek).

IMG_5959

IMG_5961

Stół z Opatówka

Przywiozła go ze sobą prababcia Helena, kiedy przeprowadziła się w latach 60. z Namysłowa do Wrocławia. Wzięła ze sobą niewiele rzeczy, bo te prawdziwe meble i bibeloty zostawiła w Pińsku, razem z innym, przedwojennym życiem. Przy kolejnej przeprowadzce miała ze sobą zdjęcia, maszynę do szycia i właśnie ten stół. Stanął wtedy w małym pokoju, przykryty białą serwetą – i stał tam przez następne lata, nieużywany, schowany w kącie. Dopiero przy okazji remontu ujrzał światło dzienne, mogłam mu się wtedy lepiej przyjrzeć i polubić.

IMG_5963

Włocławek, Opatówek i Udden

Kiedy wstawiliśmy go do tej nowej-starej kuchni od razu było wiadomo, że trafił na swoje miejsce. Wystarczyło tylko dostawić krzesła, powiesić lampę i zasiąść do kolacji. Musiałam jakoś uczcić powrót stołu, więc udekorowałam go paterą z Włocławka, która już chyba trzeci rok czekała w kartonie na wyeksponowanie. Teraz kuchenne meble grzecznie odgrywają rolę tła, kawiarka działa, można mieszkać.

IMG_5944

Dzień dobry dom

To w ogóle ciekawe zjawisko, jak niektóre meble dobrze poczuły się w odnowionym mieszkaniu, a niektóre – zupełnie nie. Stoły (bo jest jeszcze jeden, w dużym pokoju) wyglądają, jakby się stąd nigdy nie ruszały, podobnie jest z fotelami i regałem bibliotecznym. Ale na przykład duża szafa okazała się przytłaczająca i przygnębiająca, rozebraliśmy ją szybko, w efekcie czego nie mamy teraz ani kawałka szafy, ale mamy spokój. A mały pokój pełni czasowo funkcję garderobo-składzika. I pomimo panującego tam bałaganu wypakowałam z kartonów wszystkie wazony i patery, żeby sobie odetchnęły i żeby powoli szukać im miejsca. Kiedy lokal, zwany roboczo mieszkaniem Pod Różowym Królikiem, będzie już trochę bardziej uładzony i umajony, wtedy pojawią się nowe zdjęcia. Na razie w sypialni czuwa przyczepa i to jest najważniejsze.

IMG_5937

Jest!

Składam to mieszkanie z różnych ulubionych elementów, zbieranych przez lata, przenoszonych z miejsca na miejsce, przechowywanych u znajomych i rodziny. Taka układanka motywów, wzorów i faktur, uzupełniona opowieściami, śladami czasu i światłem. Ze stołem prababci Heleny w roli głównej.

IMG_5940

Kuchnia wieczorna (Lucjan czeka na przydział ściany)

/Za pomoc w przeprowadzce dziękuję K. i M. oraz mojemu bratu i jego wesołym kolegom – obiecuję, że już nigdy więcej (oby). Za cierpliwość, ogrom pracy i całokształt jestem przewdzięczna KSz, który się już chyba zadomowił. Bo o to w sumie chodzi/

Żeby nie było, że nic się nie dzieje. Bo dzieje się aż nadto, koniec WR nadciąga w tempie niemalże ekspresowym, przy użyciu jedynie własnych mocy przerobowych. Kilka dni temu wyszedł pan parkieciarz, bohater i renowator, co nie tylko nakładał olejowosk, ale przede wszystkim kompletował klepki, docinał, układał i połatał zbolałą podłogę. Dąb jest teraz salonowy i jedwabisty, a sosna w kuchni – wiejska i pobielona. Trochę ta walka trwała, cały proces zasługuje na osobną relację, ze zdjęciami przed i po.

Teraz trwa malowanie hektarów ścian, zachciało się tynków, to się maluje trzy razy. Na dworze czasem słońce, czasem deszcz, więc wszystko schnie, jak chce. Aktualnie mamy już jeden pokój całkiem gotowy, w dziennym został tylko sufit (trzecie podejście), a w kolejne dni – przedpokój, kuchnia i łazienka (szczęśliwie jest tam więcej kafli niż ścian do malowania). No i jeszcze pokój od ogrodu, ale ten ostatecznie można odłożyć na sam koniec. Do tego jeszcze montaż kuchni, podłączenie pieca i 1548 innych rzeczy. Oraz wprowadzka.

IMG_5788

Samotne krzesło w małym pokoju

Na podłogę trzeba uważać, stąd warstwy tektury i folii, a na malowanie czekają jeszcze drzwi i osłony kaloryferów, co chyba nastąpi w przyszłym życiu. Ale abstrahując od tego, ile jeszcze nie jest zrobione, to cieszy mnie bardzo fakt, że jednak dużo już jest. I że mieszkanie ma oddech i światło, i dlatego warto było rozwalać te wszystkie ściany, przesuwać i przestawiać, deliberować nad oknami i rurami. Teraz mogę sobie z przyjemnością podeliberować nad odcieniem lodówki oraz kolorem wnęki w korytarzu.

IMG_5766

Rozkładówka na kuchennej podłodze

IMG_5797

Mały pokój z pstryczkiem 

Zbliża się zatem realny koniec WR, co jest tak samo niepokojące, jak i obiecujące. W tym całym zamieszaniu z żalem i sentymentem żegnam się z kawalerką, którą zdążyłam oswoić i polubić – w małej kuchni znalazło się jeszcze miejsce na kilka gadżetów-prezentów, więc pożegnanie odbywa się w stylowej oprawie, pod patronatem warsztatowej lampki oraz włoskiego wzornictwa. Addio, kawalerko!

IMG_5774

Anna i wino

/Za odwiedziny i pogaduchy przy winie dziękuję Państwu F., za włoski dizajn też. Mam nadzieję, że odwiedziny będą kontynuowane również w nowych okolicznościach lokalowych/